Wpis we współpracy z marką VZOOR.
Duże, wygodne, łapiące wiatr – takie są te ubrania. Strasznie wygodne, miłe, ale też na pewno nie dla każdego. Jeśli się przejmujemy takimi rzeczami, że tu coś wydaje się większe, tu coś jest skrócone, to można sobie darować za wielkie płaszcze i sukienki, szerokie spodnie czy inne za wielkie formy. A ja Wam powiem, że ja już się niczym nie przejmuję i patrzę tylko i wyłącznie na siebie. Granica o której pisałam w tym wpisie, tak bardzo przesunęła mi się w stronę niezależności, że będzie to coraz bardziej widoczne na blogu.









To taki normalny, codzienny strój. Już bardziej wygodnie nie może być. VZOOR specjalizuje się w bazowych, komfortowych ciuchach. Przesłanie, że wiek i rozmiar kobiety nie mają dla projektantek znaczenia, do mnie akurat przemawia, bo jak wiecie to całe wyszczuplanie i odmładzanie ubraniem jest totalnie nie moją bajką.
Jeszcze będę się Wam pokazywać w tym płaszczu, pewnie najszybciej na instagramie. Pasuje do wszystkiego, a świetnie wygląda, gdy pod spodem są dopasowane mocno ubrania. Byłam w nim nad morzem i gdy wiał wiatr, nabierał objętości – super uczucie. Jest też do niego dołączony pasek, ale ja właśnie najbardziej lubię go mieć luzem! Można go traktować jak sportową bluzę, ale taką bardziej elegancką i jednak pasującą do absolutnie wszystkiego.
Czekam na Wasze najwygodniejsze rzeczy z szafy, ale takie w których możecie „wyjść do ludzi”. Czyli jeżeli najwygodniej Wam w dresach, ale chodzicie w nich tylko po domu, to się nie liczy :)
Dla mnie są takimi sukienki od marki „miszkomaszko” :)
Kiedyś lubiłam ubrania oversize, z czasem stwierdziłam, że wcale dobrze do mojego wzrostu (162 cm) i rozmiaru 38 nie wyglądają. I tak, jeśli zakładam nieco luźniejszą górę, stawiam na spodnie rurki. A jeśli chodzi o wygodne ubranie, w którym wychodzę, to są to wiskozowe dzianinowe sukienki, które nie krępują ruchów nawet na placu zabaw.
Lubię kontrolowany oversize. Lubię także gdy coś nie jest dopracowane w pełni. Mimo, że mój codzienny strój to raczej spodnie + szpilki, ciemne kolory i czerwone usta, to w żadnym innym wydaniu nie czuję się tak wygodnie i tak bardzo sobą.
Mam taki „nieśmiertelny” zestaw: czarne rurki i szary, kaszmirowy golf oversize. Bez ściągacza, z rozcięciami po bokach. Do tego czarne lub koniakowe oficerki albo czarne sztyblety i długi naszyjnik. W tym zestawie czuję się jak w dresie :) a wyglądam „do ludzi”.
Mój patent na oversizowe swetry (dla ludzi którzy jednak muszą trochę kombinować jak się optycznie zmiejszyć a nie powiększyć) wąskie rękawy. Naprawdę robi to różnicę w proporcjach ciała.
O naszyjniku: zrobiłam go jakieś 10 lat temu z 5 starych, nienoszonych srebrnych łańcuszków i jednej branzoletki. Każdy ma inny rodzaj koluszków. Żaden nie podobał mi się osobno. Spiełam je wszystkie razem i wygląda to ciekawie (potwierdzone licznymi komplementami). Z czasem też razem się starzeją i nabierają ciemniejszej patyny.
Zawsze jestem oversize latem; bo tylko to dobrze wygląda przy całkowitym zasłonięciu ciała i daje żyć w upał. Płaszcze też uwielbiam jak największe, zawsze rozpięte. Mam po mamie taki wielki golf z lat 90, bordowo-malinowy, z bardzo obszernymi bufiastymi rękawami, ale te bufy są luźne, układają się w wodę. To jest taki typ ubrania, który kompletnie nie podtrzymuje ciała, co ja akurat niespecjalnie cenię, ale lubię optycznie i noszę z jemiołą od Orskiej do fioletowych ust.
Dla mnie takim ciuchem sa sukienki Pulpa.
A ja właśnie w swetrach staram się szukać szerokich rękawów :) Zgadzam się, że nawet taki szczegół może zrobić różnicę w przypadku proporcji!
Świetnie, że nie poddajesz się presji poprawiania/wyszczuplania/odmładzania. Dziś wyjątkowo rzadka cecha (niby większość kobiet deklaruje, że „nie ulega presji”, ale de facto sporo z nich czuje pewien stres, dyskomfort jeśli jednak pokazują się ludziom w wersji nieupiększonej- bez wyeksponowania wszystkich możliwych atutów i zatuszowania wszelkich mankamentów). Strój na zdjęciach ani Cię nie upiększa, ani nie oszpeca. Po prostu jest. A najlepsze jest to, że Ty się w takiej właśnie wersji czujesz swobodnie, bez poczucia opresji.
To jest (moim skromnym zdaniem) luksus osoby młodej, pięknej i bardzo szczupłej (jak Maria). Jak się ma trochę więcej lat i kilogramów to pewne taktyczne zabiegi się stosuje i nie widzę w tym nic złego. To wynika w pewnym sensie z pogodzeniem się z faktem upływu lat i nieuchronnych zmian naszego ciała. Także takie „zabiegi” są ok jeśli nie robi się ich z powodu/presji innych ludzi, tylko dla siebie. Bo najważniejsza opinia o mnie to moja własna. A ja chcę się sobie w miarę podobać :)
Nie wiem, czy „godzenie się” to najlepsze określenie (mnie osobiście kojarzy się z poddańczością i zrezygnowaniem). Moim zdaniem, jeśli możemy wyglądać lepiej w późniejszym wieku i podchodzimy do tego z głową, to nie widzę powodu, by na siłę akceptować wszystko, także to, co wywołuje dyskomfort psychiczny (i fizyczny).
Hm, dla mnie pogodzenie sie oznacza ze nie walczy sie z wiatrakami.
@M. absolutnie nie mam na myśli poddańczości ani zrezygnowania. Raczej akceptację czegoś co niby jest nieuniknione ale nie tak łatwo nauczyć się z tym żyć. Może to być proces starzenia ale może też być poważna choroba, operacja zmieniająca jak ciało wygląda z dnia na dzień (nie mówię to o operacjach upiększających ale na przykład lumpektomi, mastektomi), itd. To trudne i wiele kobiet się z tym mierzy. To jest pewnego rodzaju proces gdzie się człowiek buntuje, wkurza a w końcu godzi w faktami. Dobrze jest wtedy znać parę „tricków” ubraniowych które pomogą w lepszym samopoczuciu.
A ja tam uważam, że jeżeli ktoś się źle czuje, patrząc w lustro (niezależnie od przyczyny), to wcale nie musi się „starzeć z godnością”, tylko może próbować naprawić stan swojego ciała. Jak Cię pernamentnie coś boli, to raczej nie będziesz znosić to z godnością, tylko będziesz szukać pomocy. Tak samo np. z twarzą – jak coś się „sypie”, to dlaczego tego nie próbować reperować :) Naprawiamy przedmioty, więc tak samo można podejść do własnego ciała i zdrowia :)
M. Twój post kojarzy mi się niestety z ulotką gabinetu medycyny estetycznej która wpadła mi w ręce. Było tam określenie: LECZENIE LWIEJ ZMARSZCZKI. Tak, leczenie. Sugestia, że zmarszczka to stan chorobowy. No, nie, przepraszam. Tak samo Twoje porównanie do efektów starzenia do permanentnego bólu mocno nietrafione (ale bardzo wpisujące się jednak w narrację z kolorowych magazynów i programów typu metamorfozy u lekarza)
Absolutnie nie widzę nic złego w czynieniu jakichkolwiek kroków do tego, żeby się sobie podobać. Na tym etapie życia na jakim jestem podobają mi się pewne rzeczy, pewien tok rozumowania i o nim piszę. Ale nigdy nie odmówię sobie prawa do zmiany zdania, jeśli to się będzie wiązało z moją prawdziwością i dobrym samopoczuciem. A już na pewno nie mam zamiaru nikomu niczego narzucać :) Zawsze i wszędzie róbta co chceta.
C.K – wszystko jest dla ludzi, tylko nie wszystko dla wszystkich :)
Ja mam kilka letnich sukienek oversize które akurat będą idealne w tym roku bo akurat rodzę w maju i jestem szczęśliwa że mam swoje sukienki i nie będę musiała kupować odzieży dla ciężarnych i karmiących:) A fajne oversize sukienki są w sklepie elenstore.pl
Mario, Twój strój jest odważny. Tak, ODWAŻNY to jest moim zdaniem trafne określenie. Trzeba wykazać się nie lada odwagą, by w dzisiejszej epoce nadmiaru i pozorów tak właśnie się ubrać. Dziś, kiedy strój musi wyrażać to kim jesteśmy, musi poprawiać, musi wydłużać, powiększać, pomniejszać, upiększać.
lol, wcale nie MUSI. rozejrzyj się wokół siebie na ulicy albo w autobusie. ile widzisz osób, które świadomie dobrały ubranie, aby „wyrazić siebie” albo wyrównać proporcje sylwetki? większość ludzi traktuje odzież wyłącznie jako przedmioty użytkowe, a to, o czym piszesz, dotyczy tylko grupy świadomie zainteresowanej modą – znacznie mniejszej, niż wynikałoby z internetowo-medialnej bańki. jedyny „akt odwagi” widziałabym tu w założeniu spódnicy zamiast spodni, bo w oczach wielu kobiet już samo to jest pewną niecodziennością i „wystrojeniem”.
Dla mnie takim strojem jest golf/koszulka i bardzo luźne spodnie paper bag z bawełny. Pięknie wyglądasz w ubraniach oversize, ten płaszcz jest świetny!
Ps. Mario, jak ci idzie poszukiwanie czarnej spódnicy z wpisu z wiosennymi inspiracjami? Ja również takiej szukam, ale jak na razie bezskutecznie…
Dzięki Juliet, znalazłam coś takiego na wyprzedażach w H&M i jestem zadowolona z niej (kupiłam taniej, był rabat jeszcze) oraz taką spódnicę w Edited, ale jej nie kupiłam, bo nie potrzebuję dwóch.
Dziękuję za linki Mario! Czekam na twoją stylizację z tą spódnicą :)
Mario, uważam że ty nie jesteś deep winter. Lecz podręcznikowym przykładem shaded summer. Wyszukaj paletkę kolorów w necie. Polecam ci sprawdzić szminkę Bourjois The Lipstick w odcieniu nr 13 Nohalicious. To odcień stworzony dla ciemnych lat. Ważne, by nakładać ją najpierw na palec, potem na usta. Ten trik daje miękki efekt, o jaki właśnie urodom lat chodzi. Pozdrawiam wszystkich, a w szczególności stonowane lata, ciemne lata.
Ja również uważam, że Marria to nie typ deep winter. Pewnie estetyka deep winter jest Marii najbliższa, bo też podświadomie ciągnie nas do utożsamiania się z typem, który nam się najbardziej podoba, a niekoniecznie tym, do którego nam najbliżej.
To przejrzyj post o dobieraniu szminek do typu urody. Moim zdaniem, Maria jest Zimą, wygląda dobrze we wszystkich chłodnych i czystych odcieniach pomadek, „unosi” nawet najciemniejsze odcienie, więc można uznać, że jest Głęboką Zimą. W zgaszonych odcieniach jej twarz się rozmywała.
Zgaszone lata i głębokie lata nie wygladaja dobrze w czystych różach! Muszą to być róże zblendowane, zmieszane z odrobiną na przyklad brązu, tzw. rose brown (ponieważ te typy są pod wpływem jesieni). Takie kolory szminek jest bardzo trudno znaleźć. Ale nie będę się tutaj wykłocać, każdy ma swoje racje i przekonania. Ja mam pewność, kilkanaście miesięcy rozmyślałam nad soft summer deep vs. deep winter i przeczytalam już wszystko co się da na ten temat. Mogę tylko powtórzyć wcześniejsza radę: Mario, zaprezentuj się światu w Bourjois The Lipstick Nohalicious 13 i graficie od stóp do głów. To jest prawdziwa magia kolorystyczna na tych typach urody, o których dyskutujemy. Pozdrawiam.
To prawda, nie wyglądają. Z kolei Maria nie wygląda dobrze w zgaszonych różach, dlatego jest Zimą, a nie Latem:
https://ubierajsieklasycznie.pl/szminki-dla-typow-urody-czesc-ii/
Albo tekst o szalach i kominach.
Zarówno soft summer jak i soft summer deep to typy wbrew pozorom ciemne – mam na myśli świetnie wygladające w ciemnych kolorach, ale nie w czerni. Te typy nie wyglądaja najlepiej w czerni – za to w graficie, granacie, ciemnobutelkowym, ciemnobordowym… Ach. Kolor szminki musi być MIĘKKI – czyli z domieszką beżu lub szarości. Tutaj na zdjęciach uważam że Maria ma zbyt jaskrawy odcień na ustach, on nie „emanuje” z jej twarzy, tylko „siedzi na niej”. Mogę trochę pomądrować, ponieważ bardzo dlugo wydawało mi się że jestem ciemną zima, przeszlam długi proces kiedy olśnilo mnie że jestem soft summer deep. Ale wiecie co, teraz kocham ten typ kolorystyczny. Największą jego zaletą jest brak nachalności, jaką dostrzegam w typach zimowych czy wiosennych (czyli typy czyste, bright, jaskrawe). Pozdrawiam wszystkich świadomych swoich kolorów. Według mnie to równoznaczne z szacunkiem dla samego siebie. Wierność swojej paletce kolorystycznej smakuje wspaniale!
W systemie SciArt nie ma czegoś takiego jak „Ciemne Lato” :) Lato jest zawsze jasne (oczywiście ma różny poziom jasności – Zgaszone jest najgłębszym letnim typem).
Ciekawi mnie dlaczego skoro marka projektuje dla kobiet, które nie przejmują się wiekiem ani rozmiarem, prezentuje produkty na pięknych, młodych, bardzo szczupłych i zgrabnych modelkach. Im po prostu bardziej takie ubrania pasują bo i tak wyglądają świeżo, kobieco i proporcjonalnie
Ja też zawsze sądziłam, że Maria nie może być zimą; ma dość jasne, dość ciepłe włosy, karnacja leci w brzoskwinię, a oczy nie mają w sobie żadnej lodowatości. Po za tym jest ogólne wrażenie spokoju i przydymienia. Ostatnio widziałam prawdziwą intensywną zimę i to jest tak spektakularny typ, że nie ma przy nim wątpliwości; cera jest kredowa, a oczy i włosy są super ciemne, wszystko jest mega intensywne, klarowne, lodowato świeże. Pamiętam zdjęcie Marii w jeżynowej pomadce z poprzedniej zimy i to nie było to, za to w malinowej z wpisu o sukience do zadań specjalnych jest cudownie.
Żeby być Zimą, nie trzeba mieć „lodowatej” kolorystyki w sobie. Ja mam różową karnację z domieszką żółtego pigmentu, naturalnie jasne brwi, oczy zielono-niebieskie i włosy koloru złoty brąz, i jestem Czystą Zimą. Na oko nie mam nic w sobie z Królewny Śnieżki, ani Królowej Śniegu. Liczą się pasujące kolory.
Dokladnie, nie ocenia się kolorystyki po wrażeniach czy dana osoba jest spektakularna czy nie;) Zwłaszcza ze jednak jestesmy slowiankami wiec nasze zimy często będą inne niz te srodziemnorskie (nie mówiąc o czarnoskórych np;). Ja tez jako czysta zima mialam problemy ze zidentyfikowaniem się, dlugo ubieralam sie jak lato, mam kolorystykę podobną do tej, którą opisuje M. – czyli nic spektakularnego. Tez nie ma efektu Sniezki wiec nawet sie nie przymierzylabym sama do tej paletki. Ale w trakcie analizy to bylo jasne –
dopiero kolory czystej zimy są na mnie spektakularne, a moja uroda frapująca i kontrastowa. Analizy nie robi sie tez w oparciu o zdjęcia!
Co do szminki na zdjęciu – dla mnie jest ona za ciepła do karnacji Marii, albo przynajmniej tak wyszla na foto, bo i wlosy jakos nietypowo ciepłe w tym słońcu. Za.to zgaszony odcień sukienki musi wyglądać fenomenalnie na latach, tu nie ma.zadnego efektu wow, nie ten poziom głębi, nasycenia, raczej przypadkowosc doboru koloru jak dla mnie.
Lubię rzeczy, które podążają za linią sylwetki, ale są dają swobodę, nie opinają. Oversize dla mnie oznacza „wisi mi to”;) i w sensie dosłownym, i przenośnym, że ktoś się nie przejmuje, że ciuchy mogą zdeformować sylwetkę. Kurde…w przypadku Marii, to nawet wór pokutny by nie zaszkodził jej urodzie:))
Rozumiem zdanie, że wiek i rozmiar kobiety nie mają dla przytoczonego producenta znaczenia, bo biorąc pod uwagę rozmiar, to trzeba umieć szyć;) Wiedzieć, co to zaszewka, taliowanie itd., no a to już wyższa szkoła jazdy niż zszywanie kwadratów. Ja takich rzeczy nie wpuszczam do mojego „pustego idealnego pokoju”.
Mimo, że jestem wysoka, to jednak zwracam uwagę, że coś mnie tam skraca czy pogrubia. Mam zgrabne nogi, to dobrze czuję się w rurkach, koniecznie z wysokim stanem, no bo nie lubię, jak mi pas w nieodpowiednim miejscu dodaje fałdek. A z powodu brzuszka właśnie, lubię bardzo bluzki typu bombka. Do tego baleriny i śmigam do ludzi. Tak się czuję wygodnie i…tu napiszę banał, ale po prostu ładnie:)
I proszę, nie popadajmy w skarajność, że jeśli ktoś zwraca na to uwagę, to nie od razu znaczy, że „czuje presję”, by się wydłużać/wyszczuplać/odmładzać. Jestem po 40, nie czuję potrzeby przyciągania spojrzeń moimi ubraniami, po prostu czuję się dobrze, kiedy moje proporcje są zachowane.
P.S. A takie nowiutkie „zgrabne” spodnie dresowe, w których można śmiało wyjść do ludzi, to chyba się liczą, he? ;) Bo właśnie w takich siedzę, ale jakby przyszło się pokazać szybko to obciachu nie ma:))
„biorąc pod uwagę rozmiar, to trzeba umieć szyć;) Wiedzieć, co to zaszewka, taliowanie itd., no a to już wyższa szkoła jazdy niż zszywanie kwadratów. Ja takich rzeczy nie wpuszczam do mojego „pustego idealnego pokoju”.” <– o to to! Cokolwiek by nie mówić, to kunsztu krawieckiego w oversize nie ma i moim zdaniem ceny za zszywanie wiskozowych kwadratów są nieco przesadzone… Mówię ogólnie o takiej właśnie tendencji wśród "polskich młodych niezależnych" projektantów, nie tylko o marce którą prezentuje Maria.
i jeszcze te nieszczęsne, ale powszechne wszywanie rękawów po najmniejszej linii oporu, czyli z obniżona linia ramion. Paskudne to i nikomu nie pasuje, no ale tak jest najłatwiej.
świetne zdanie – „Lubię rzeczy, które podążają za linią sylwetki, ale są dają swobodę, nie opinają” :)) mam tak samo! próbowałam sformułować sama moje preferencje, że nie lubię obcisłych ubrań, ale jednocześnie gubię się w oversize (chyba że to foremne oversize) i to jest to o co mi chodziło. Lubię miękkie formy podążające za sylwetką albo sztywniejsze oversize. Rozumiem urok takich miękkich form jak w niniejszym poście, to jakby nosić przenośny kocyk ze sobą, ale sama czuję, że tracę w takich ubraniach. Natomiast rozważam na lato oversizową sukienkę z lnu – Seaside Tones albo inną. Wiskoza w takiej formie w ogóle mnie nie przekonuje, za bardzo się leje.
Lily, zgadzam się z Tobą. Też tak mam „miękkie formy podążające za sylwetką albo sztywniejsze oversize”. Generalnie unikam oversize, ale jeśli już, to właśnie w sztywniejszej tkaninie. Miękkie i bezkształtne za bardo przypomina mi koszulę nocną.
Tak liczą się, liczą takie dresiwa :) Absolutnie nie popadajmy w żadne skrajności. Niech każdy ma swój rozum i niech każdy rozważa co robić, żeby się sobie samemu podobać!
nowe dresy jak najbardziej się liczą :-)…hehe…:-)
Dokładnie. Poza tym deklaracja, że rozmiar nie ma znaczenia trochę kłóci się ze sprzedawaniem ubrań w rozmiarze do M/L…
Plaszczobluza z MKTP
Właśnie to mnie najbardziej drażni w oversizach, ta ich rzekoma „projektanckość”, która powoduje, że ubrania które nie wymagają/ nie wykazują całego kunsztu i rzemiosła krawieckiego, zdolności krojczych i konstruktorskich, a są kolejną wersją worka z wiskozy lub bawełnianej dresówki, osiągają zawrotne, zupełnie nieadekwatne ceny.
To łatwe uszyć taki płaszcz one size, czy sukienkę typu worek. I ok, jak ktoś takie lubi nosić to świetnie, ale cóż w tym projektanckiego? J
100% racji. W pewnym centrum handlowym w Warszawie, gdzie robię zakupy, kilka razy w roku sprzedają swoje produkty „młodzi polscy projektanci”. Dwudniowy jarmark pośrodku głównego korytarza przyciąga wielu oglądających. Kupujących jest znacznie mniej. Trudno się dziwić, skoro w ofercie są zwykle okrycia one size, zszywane z prostokątów, pozbawione wykończenia (bo trudno za takie uznać obrzucenie brzegów tkaniny overlockiem, identycznie jak w przypadku szwów), bez cięć modelujących, bez podszewki nawet wówczas, ,gdy jest ona konieczna (ubiory jesienno-zimowe z grubych tkanin bez podszewki są, jak to kiedyś ładnie mówiono, „wiatrem podszyte”), bez rozmaitych detali wykończenia – to nie jest „konstruktywistyczny minimalizm”, lecz efekt braku podstawowych umiejętności krawieckich.
Ja umiem szyć, nauczyłam się tego od mamy – skończyła polonistykę, nie szkołę krawiecką, lecz umiejętność szycia według wykrojów opanowała perfekcyjnie – i nieraz wiele fajnych godzin spędziłyśmy razem nad kupionymi materiałam, kombinując, jak uzyskać najlepszy efekt. Dlatego pójście na łatwiznę i podstawowe braki w wykonaniu wyłapuję automatycznie, nawet bez chęci czepiania się młodych zdolnych :) Raz tylko kupiłam sobie na takim stoisku letnią bluzkę – też 4 prostokąty z wycięciem na szyję, lecz tkanina była w piękny wzór. W przypadku letnich ciuchów taką prostotę można jeszcze zaakceptować, lecz płaszcz, marynarka czy ciepła kurtka wymagają jednak przestrzegania pewnych standardów. Tymczasem w ofercie początkujących projektantów dominują dresowe bluzy z rękawami o kroju zwanym „nietoperzem”. Czyli – maksymalne uproszczenie, ciuch zszyty z dwóch części, przeznaczony dla wszystkich, a zatem dla nikogo.
Wiskozowe, granatowe spodnie w arabeski z gumkami na dole nogawek plus biała koszulka. z „adidasami” na plac zabaw a zaxami to nawet z dorosłymi można się spotkać ;)
Najwygodniej mi w dopasowanych dzinsach i nietaliowanych koszulach z dekoltem V (zbluzowanych, nawet gdy brzuch nie chce byc plaski jest idealnie;) do tego niewysokie botki lub derby, albo sandały na niziutkiej koturnie. Porzuciłam za to tenisowki/ adidasy to zdecydowanie nie ja. Dresow nie nosze nawet „po domu”;)
Twoj stroj moglyby podratowac ciut wyzsze buty. Ew inna sukienka, choc odrobine wycięta pod szyją, moze nie byloby efektu zakonnicy. Ale moze o ten efekt Ci chodzilo;)
Te ubrania są jak worki, mi się nie podobają, i chyba nie mają nic wspólnego z bazą
Płaszczyk wygląda na fajny, ale sukienka sprawia na mnie wrażenie „zaprzeczenia” wygody i komfortu ze względu na rodzaj materiału. Być może wydaje mi się, ale na zdjęciach wygląda tak, jakby był mega miękki i cieniutki, z rodzaju tych, które wszystko podkreślają i uwydatniają – każdy wałeczek, fałdkę, nierówność skóry, brzeg bielizny. Jak to jest z jej materiałem, Mario? Bo jeśli faktycznie jest taki cienki, to ja się w takich zawsze czuję źle, nieważne jak obszerne by były pod względem kroju.
Dla mnie takim ubraniem, które noszę i po domu, i na wyjścia, i zawsze jest superwygodne, są szarawary – takie z indyjskiego sklepu, na gumkach w pasie, zbierane gumką przy kostkach, z baaardzo niskim krokiem, z dużej ilością materiału. Mam dwie pary – czarne i ciemnozielone, jednokolorowe, z dość sztywnej bawełny. Są wspaniałe, mega wygodne, przewiewne, no i podoba mi się moja sylwetka w nich. Jedyną ich wadą jest to, że nie pasują mi zimą i generalnie w tej całej porze roku, gdzie nie nosi się lekkich butów.
Tak! Ten materiał jest taki cieniutki i miękki. Zdecydowanie z tych delikatniejszych :)
Ja tam uwielbiam oversizowe ubrania – zawsze dobrze się w nich czuję. Swobodnie, lekko i nie muszę się martwić, że coś mnie za mocno opina :)
Z tekstem i teorią zgadzam się całkowicie, z realizacją – już trochę mniej. Oversize też ma swoje wymagania, żeby prezentować się ciekawie, sensownie i szykownie – ważne jest stopniowanie długości i szerokości, warstwowanie i optyczna równowaga poszczególnych elementów (żeby uniknąć wrażenia workowatości czy przypadkowości). W pokazanej stylówie górna część jest jedną, ciężką, zlewającą się masą (ubrania są tej samej długości, prawie midi, zabudowane plus solidna torebka), a dolna wygląda jak z innej bajki – szczupłe łydki i delikatne buty. Gdyby rajstopy były ciemne, a buty cięższe to ten kontrast nie byłby tak wyraźny, ale w tej wersji brakuje całościowej sylwetki, są tylko poszczególne, niezbyt zharmonizowane, elementy.
Może jestem zbyt krytyczna, ale piszę to także dlatego, żeby, paradoksalnie, bronić przeskalowania, luzu, płacht i płaszczydeł (które uwielbiam). One wymagają trochę innych środków wyrazu, ale to się da zrobić – i uniknąć wrażenia bezkształtnego worka. Kluczowe są proporcje, warstwy i rozłożenie akcentów (a ubrania od rzeczonej firmy przeglądam już kolejny raz i kolejny raz wydają mi się w ogóle nie uszyte, bez konstrukcji i dobrego cięcia, niestety).
i znów bardzo dobry komentarz, świetnie oddane moje myśli!
Zgadzam się w stu procentach, nie wygląda to dobrze. A najbardziej razi mnie przebijająca spod tej worko-sukienki bielizna. Sukienka z cienkiego, lejącego materiału musi mieć podszewkę, rezygnacja z niej to nie ukłon w stronę wygody, a ordynarne cięcie kosztów produkcji…
Mario, na tym blogu jest tak wiele wartościowych treści, proszę nie idź w tę stronę i nie rób z niego baneru reklamowego.
Dokładnie! tez chciałam napisać komentarz w tym tonie, ale jak już powstał to stwierdziłam, że jest zbyt krytykancki! A ja uwielbiam metamorfozę Marii w stronę jej autorskiego, dyskretnego stylu, przynajmniej w teorii, bo w sylówkach zgrzytają mi dokładnie te same elementy, o których napisałaś wyżej! metodą prób i błędów za parę miesięcy na pewno zobaczymy tu coś spektakularnego, dziękuje za możliwość podpięcia się pod Twój super komentarz, z którym się w pełni zgadzam :)
Lily, Karolina – dzięki, i mam nadzieję, że Maria nie odbierze tego komentarza jako agresywnego czy nadmiernie krytykanckiego, absolutnie nie chciałam, żeby tak wyszło. Ale chciałam zaznaczyć, że oversize ma swoje wymagania i haczyki (co jest super), i, jak każdy fason czy stylistykę, trzeba trochę potrenować takie zestawy. Super, że Maria próbuje czegoś nowego – i na pewno za jakiś czas pojawią się tu ciekawe zestawienia. Praktyka czyni mistrza :)
Dla mnie od pytania czy podobam się innym ważniejsze jest pytanie czy podobam się sobie. Jestem estetyką, w ubraniach nieproporcjonalnych, o niekorzystnych krojach czy kolorach podobam się sobie mniej i nie widzę powodu żeby takie wybierać (poza wyjątkowymi sytuacjami typu sport). Jeśli zna się siebie , to nie jest tak trudno wybierać opcje, które są wygodne i jednocześnie optymalne estetycznie.
Agaffia, zgadzam się z Tobą całkowicie. Trafnie to ujęłaś.
Coś jest nie tak z długością tych ciuchów – łydki wydają się grubsze i mniej zgrabne. Ja bym obie te rzeczy skróciła u krawcowej. No i gdzieś kiedyś wyczytałam, że przy oversize’owych ubraniach dobrze się sprawdza podwijanie rękawów, można też po prostu wybrać model z rękawami 3/4, całość wygląda wtedy lżej.
Długość jest piękna, to raczej kwestia płaskich butow. Do midi aż się prosi o obcas:)
Magda – otóż to! Moja siostra uważa, że powinnam nosić dopasowane ubrania i bardziej eksponować biust, że to ponoć mój atut (jest po prostu dość duży, a jej się widać takie biusty podobają). A ja tego kompletnie nie czuję, jak miałabym możliwość, to dałabym go sobie odrobinę zmniejszyć, bo ma tendencję do opadania, więc jest dość problematyczny, obcisłe rzeczy są dobre tylko wtedy kiedy mniej ważę (kiedy tyję, wszystko idzie w brzuch), więc u mnie to kompletnie się nie sprawdzi.
Przykładem moich najwygodniejszych rzeczy z szafy są spodnie rurki z większą ilością elastanu, na szerszej gumce :) W sztywnych jeansach na ciasny guzik często czuję się jak zasznurowana i nie zawsze swobodnie. Kilka lat temu takie spodnie były powszechnie dostępne, kupiłam po kilka sztuk z wielu kolorów – dziś niestety nie mogę na nie tak łatwo trafić. Teraz na topie są luźniejsze spodnie, a ja wciąż tęsknię za wygodnymi spodniami na gumce w których mogłam biegać cały dzień i czułam się cały czas swobodnie!
Róbta, co chceta – tak, zgadzam się z Tobą Maria:). Jeśli chodzi o oversize, to ja akurat się w nim nie czuję dobrze, ale na niektórych osobach mi się podoba. Najbardziej lubię ubrania, które dają mi swobodę ruchów i komfort takiej niewymuszonej elegancji. Nie wiem, jak to lepiej opisać. W każdym razie doskonale rozumiem Twoje podejście, że już niczym i nikim się nie przejmuję. To pewnie częściowo wynika z silnego autorytetu wewnętrznego, ale też, cóż tu dużo gadać, przychodzi z wiekiem;). Kiedy już naprawdę lubimy siebie, to jest łatwiej nie przejmować się opiniami innych. Nie ma też nic złego w stosowaniu różnych trików stylizacyjnych żeby lepiej wyglądać, ale lepiej w swojej ocenie. Uleganie presji otoczenia i ubieranie się pod kogoś jest na dłuższa metę nie tylko męczące, ale to tak jakby, w dużej przenośni i uproszczeniu, życie wbrew swoim przekonaniom, zasadom, pooglądam, itp., itd.
Uściski i przy okazji wesołych świat i smacznego jajeczka :)
U mnie standard o którym pisałaś jest na poziomie – „najgorszy najlepszy” i najwygodniejszy strój to czarny golf i czarne cygaretki :) muszę mieć zaznaczona talię, albo spodnie z wysokim stanem, albo spódnica, albo sukienka. Może wygodniej by było w luźnej, ale po prostu nie potrafię tak wyjść, czuję się jak do sprzątania w domu. Kiedyś nosiłam standardowy krój jeansów i bluzę, teraz nie potrafiłabym.
Podoba mi się to na kimś, cieszę się że znalazłaś dla siebie coś nowego !
Wesołych świąt wszystkim
Mój styl to wygodna klasyka. Często łącze klasyczny krój i dzianinę. Im jestem starsza, tym bardziej liczy się dla mnie wygoda. W mojej szafie są dzianinowe sukienki i dzianinowe spodnie – całkiem zrezygnowałam że spodni jeansowych. Są też płaszcze o kroju szlafrokowym, luźne kardigany nawet do kolan, dwtry obersize, buty na niskim obcasie. Wygoda wygrywa
Swetry oversize – tak miało byc
Witam Mario :)
Śledzę Twojego bloga już od dłuższego czasu, ale po raz pierwszy postanowiłam dodać komentarz. Mam problem, z którym borykam się od wielu lat. Cenię dobrą jakość, omijam sklepy z tzw. szybką modą, wiem, co mi się podoba i w czym wyglądam dobrze. Problem stanowi dobór rozmiaru. Marki szyjące z dobrej jakości materiałów nie produkują ubrań na osoby mojej postury. Jestem bardzo niska (150 cm wzrostu i noszę rozmiar 32/34), w związku z czym większość ubrań, które trafiają w mój gust, jest za duża. Jedynie projekty Marie Zelie pasują (choć i tak są za długie), lecz nie do końca odzwierciedlają mój styl. To powoduje, że chcąc nie chcąc rezygnuję ze swojego własnego stylu i muszę wiecznie wybierać – albo dobra jakość i nie do końca dobrze wyglądające na mnie ubranie, najczęściej w formie, która mi nie odpowiada albo marna jakość i ubranie na niecały sezon. Może napisałaby Pani post o markach szyjących dla osób szczupłych i niskich? Lub któraś z czytelniczek coś podpowie?
Przy okazji życzę spokojnych i radosnych Świąt :)
Proponuję krawcową!
Niestety, znaleźć dobrego krawca jest bardzo ciężko. Już kilkanaście razy się bardzo zawiodłam.
No to nauczyć się szyć. To fajne, rozwijające hobby i po osiągnięciu pewnego progu umiejętności, możesz uszyć co tylko chcesz. Teraz z internetem jest łatwiej niż kiedyś, jest mnóstwo materiałów, tutoriali, internetowe sklepy są pełne ładnych, dobrej jakości tkanin(gorszej jakości też, ale trzeba się nauczyć rozróżniać)
Na Zalando są dostępne ubrania w nietypowych wersjach, m.in. „Petite” dla niskich, podobnie jak „Plus size”, „Dla wysokich”, „Maternity”, dlatego myślę że mogłabyś tam znaleźć coś dla siebie :)
Dziękuję za odpowiedź
Zalando petite już znam, do tej pory był mały wybór ubrań ze średniej jakości materiałów, ale mam nadzieję, że będą rozwijać tę linię. Ale rzeczywiście dziękuję za przypomnienie, bo dawno tam nie zaglądałam.
Boden też ma linię petite. Ja akurat zamawiam od nich długie wersje, ale jestem bardzo zadowolona z jakości i staranności wykonania ubrań. Zamawiam z niemieckiej strony bodendirect(kropka)de
Co jest dla mnie wygodne? Wszystko, co noszę. Moje rozkloszowane sukienki, jeansy, sweterki oraz ukochane płaszcze. Noszę buty na obcasach, ale również tylko wygodne. Łączę po prostu klasykę, sportową elegancję i wygodę.
Jestem nudna: najwygodniejsza jest granatowa sukienka z jerseyu o kroju ołówkowym, dopasowana, ale nieopięta. Potem w zależności: do ludzi -baleriny, z psem do ludzi- sztyblety :) dyplomatka/parka+ torebka przez ramię
Jak dla mnie ta sukienka to totalna porażka i nie ma nic wspólnego z oversize. Na pierwszy rzut oka wyglada jak halka lub koszula nocna. W tej stylizacji Mario zupełnie zaburzyłaś proporcje.
Płaszcz wygląda stylowo, ale to raczej okrycie typowo do robienia zdjęć na bloga. Zastosowania do chodzenia w nim „do ludzi” nie widzę, gniecie się , jak widać momentalnie, nie wiadomo, w jaką pogodę go założyć. Cena tez z kosmosu, jak za kawałek dzianiny z bawełny. Po wypraniu nie do noszenia, odkształci się. Sukienka bezkształtna, nie wiem, czy istnieje sylwetka kobieca, której ta sukienka dodałaby urody. Połączenie dwóch luźnych rzeczy i buty na płaskim obcasie nie wyglądają dobrze. Do tego torba-worek i jest jeszcze gorzej. Ten płaszcz naprawdę można ograć zupełnie inaczej.
Ja za oversize’ami nie przepadam, natomiast za wygodą – bardzo. :) Wygoda kojarzy mi się z tym, że nie muszę się zastanawiać, co mam na sobie i jak wyglądam. Czyli: nic nie uwiera, nie ściska, nie wrzyna się, nie wyłazi w sposób niepożądany jedno spod drugiego, nie odsłania tego, co powinno być zakryte. Odpadają zatem dekolty łódkowe, przez które wyłażą ramiączka od biustonosza, oraz przezroczystości czy prześwity, odsłaniające tenże biustonosz. Wygoda to dla mnie spodnie chinosy z dobrej bawełny, mokasyny, a jako góra – bluzka o kroju tuniki dłuższej czy krótszej, bez kołnierzyka, z miękkiego, dobrze się układającego materiału. Albo zamaszysta spódnica, może być midi albo nawet maxi, byleby nie zamiatała trotuaru, plus jakaś mała bluzkowa góra. Do obu wersji – kardigan zapinany, z dekoltem V. Latem – espadryle na 5 cm koturnie. W innych porach roku – mokasyny albo sztyblety.
A, sukienka typu worek też jak najbardziej mi pasuje, lecz na dobrze uszyty worek naprawdę trudno trafić :) Ale niedawno mi się udało, dźinsowa sukienka za kolano, z Tatuum, Ale to też nie jest oversize, sądząc po liości cięć, szwów i starannym dopasowaniu szerokości ramion i podkroju pachy.
Bardzo lubię oversizy i większość moich ciuchów taka właśnie jest. Dają wygodę i swobodę ruchów, przy tym nie muszą mieć wcale sportowego charakteru. Właściwie wszystkie moje koszule i bluzki z jedwabiu są tak duże, że dwie osoby by w nie weszły ;-). Nie kupuję jednak zbyt często oversizów, ale rzeczy które są o 4-5 rozmiarów za duże i one stają się dla mnie oversizami. Nie każdą rzecz można tak nosić, bo trzeba uważać, żeby czegoś nie przeskalować, ale naprawdę mi się to sprawdza z koszulami, bluzkami, sukienkami, swetrami, a nawet płaszczami o kroju marynarek.
Oversize… niby wygodne i dające wiele luzu… ale czuję się w takich ubraniach niezrobiona, jak w piżamie. I źle wyglądam. Nie jestem wysoka, mam dość babskie kształty, szersze barki i biodra. Wyglądam w worku jak kwadrat, zero seksu, zero niczego :D
Jestem po drugiej stronie frontu… wolę, jak ubrania są dopasowane, a nawet opinające ciało. Oversize to jednak bardzo wymagające ubranie… widzę to na wielu ludziach. Jednak wyższe, szczupłe osoby i mające odpowiednie rusztowanie mogą sobie pozwolić na taki luz :)
Powiem szczerze, że wolę Ciebie w koszuli i dopasowanym płaszczu :) No i trochę długość, masz naprawdę ładne łydki, ale tu tego nie widać… Zaznaczam, że to tylko moja opinia :)
Jedynym ubraniem, które nie jest dopasowane, to jedwabne wdzianko w biało-niebieskie painsley, które zakładam na pasek lub bez :)
Jeśli ktoś dobrze czuje się w danym wydaniu to myślę, że zakładanie oversizeowych ubrań nie powinno być żadną przeszkodą :) Ja sama często eksperymentuję i stawiam na wygodę oraz przewiewność, a nie na bezwarunkowe dopasowaniem, by podobać się otoczeniu :)
Joanno, ale czy to znaczy, że jak ktoś lubi rzeczy dopasowane to ubiera się dla otoczenia, a w oversizie dla siebie? Ja nie noszę luźnych rzeczy, bo wyglądam w nich jak „sirota”, natomiast rzeczy dopasowane uwielbiam, ale pod warunkiem, że są wygodne. Nie noszę sztywnych materiałów, raczej wolę dopasowany golf i cygaretki z dodatkiem elastycznych włókien. Jest w tym wygodnie i ładnie. Latem przewiewną lnianą sukienkę, ale uszytą z odcinaną talią i trapezowym dołem. Ciuchy-ciuchami, ale podstawą dobrego wyglądu jest szczupła sylwetka i ładne zęby. :-) Resztę można „zrobić” w godzinę-dwie.
powiedziałabym, że zadbana sylwetka. Szczupła, zgarbiona już nie wygląda fajnie.
Mam parę oversizowych ciuszków w szafie. Jak je ubieram to wiem, że coś jest nie tak i chcę się ukryć przed światem. Nawet przyjaciele wiedzą, że jest to takie czerwone światełko oznaczające problemy.
Ale wiadomo, co kto lubi i w czym się dobrze czuje.
Mi bardziej pasują ubrania dopasowane do sylwetki. Nie lubię oversize, bo czuje się w nich, jak w worku.
Oversize był zawsze w moim serduszku, ale długo gdzieś z tyłu głowy miałam właśnie fakt, że takie ubrania powiększają, są bezkształtne. Ale od jakiegoś czasu zmierzam mocno w stronę niezależności i noszę to, w czym czuję się najlepiej. Czyli w większości oversize. :) Całe życie zarzekałam się, że szerokie spodnie – never! A jednak przepadłam zeszłego lata z kulotami. W tym roku kupiłam wielką, długą sukienkę – koszulę khaki, z dużymi rozcięciami na bokach i sztywnym kołnierzem, ze wspaniałego lnianego płótna. Mój partner twierdzi, że widział w takich „sukmanach” mężczyzn w Omanie. :) Planuję nosić ją nie jako sukienkę, a właśnie do szerokich zwiewnych spodni i surowych klapków. Myślę, że to będzie jeden z moich ulubionych zestawów tego lata. :)