Mijałam się ostatnio na przejściu dla pieszych z intrygującą kobietą. Zwróciłam na nią uwagę już z daleka, ale dopiero kiedy byłyśmy od siebie oddalone około pięć metrów, mogłam zauważyć, że jest dużo starsza niż mi się to na początku wydawało. Była tak na oko po sześćdziesiątce, ale nie nosiła się jak znane mi panie w jej wieku. Miała długie blond włosy, uczesane w bardzo energiczną kitkę, białą dopasowaną koszulkę, jasne jeansy i coś w rodzaju baletek (to były takie buty, które określiłabym jako kaczuchowate). Wyglądała super, powiedziałabym nawet, że witalnie, świeżo, lekko.
I gdy zbliżyłyśmy się do siebie doznałam czegoś w rodzaju lekkiego szoku. Jej perfumy były ciężkie, takie naprawdę zabójczo kwiatowe, nie do zignorowania, mocne, w estetyce tych wszystkich duszących zapachów typu Pani Walewska, Anais Anais czy jakichś lilio-jaśminów. I wiecie co? Ten zapach jej bardzo pasował. Powiem wręcz, że była to pierwsza osoba, jaką spotkałam, która mając na sobie tego typu zapach wzbudziła moje zainteresowanie. Bo ja patrząc na to, jak ta kobieta się zbliża, zupełnie nie myślałam o tym, jakich ona może używać perfum. A jej zapach kompletnie mnie zaskoczył. Właśnie tym, że był tak bardzo „standardowy”. Czasem przez to, że chcemy być zaskoczeni, jesteśmy zaskoczeni oczywistością czegoś – myślę, że tylko nieliczni podzielają ten pogląd :)
Wyciąganie wniosków na podstawie tego, jak ktoś wygląda, przewidywanie różnych rzeczy na temat tej osoby patrząc jedynie na jej powłokę cielesną, nie należy do najszlachetniejszych czynności jakich w życiu dokonujemy, ale jest to bardzo ludzkie zjawisko. I nie oznacza koniecznie szufladkowania ludzi, nie oznacza spodziewania się po nich okropnych rzeczy, a już na pewno nie oznacza, że tylko wygląd się liczy, a resztę spychamy w niebyt. Dla mnie oznacza to tylko ciekawość w stosunku do drugiego człowieka i tę nieprzejednaną chęć rozwiązania zagadki – kto kim jest – mając w arsenale tylko tak liche i niedoskonałe narzędzia jak nasze zmysły.
Przyznaję, że robię to, choć nie wydaje mi się to sprawiedliwym. Oceniam ludzi po wyglądzie i dywaguję w swojej głowie jacy są naprawdę, a to dlatego, że jestem po prostu człowiekiem. Ja również jestem oceniana i wiedząc to, zdarza mi się ten fakt wykorzystywać. Większości z nas to się zdarza… Gdy szłam na czyjś ślub, pogrzeb, rozmowę kwalifikacyjną starałam się wyglądać odpowiednio. Gdy umawiałam się z koleżanką, myślałam o tym, w jakich okolicznościach się spotykamy i dostosowywałam strój. Na ogół również, gdziekolwiek nie idę, myślę o tym co komunikuję swoim wyglądem (zadbaniem lub zaniedbaniem), bo lubię o tym myśleć i lubię mieć wpływ na to, co komunikuję.
W weekend byłam z familią w Warszawie. Było świetnie, robiliśmy same fajne rzeczy z myślą głównie o Zosi. Mój strój? Koszulka, jeansy, adidasy. W sobotę wybrałam się na otwarcie butiku Moniki Kamińskiej, więc założyłam sukienkę i sandały na obcasie, oczywiście z myślą, żeby wyglądać w miarę elegancko w eleganckim sklepie, ale co ważniejsze, w towarzystwie eleganckich osób. I co się wtedy stało? Moje oczy dały mi do zrozumienia, że trzeba ściągnąć soczewki. Zdarza mi się to raz na rok, a może nawet jeszcze rzadziej, bo nie pamiętam ostatniej takiej sytuacji.
Założyłam więc okulary i poszłam w okularach. A w tych okularach, moje drogie czytelniczki, czułam się dokładnie tak, jak opisywałam to we wpisie Dyskomfort to przyjaciel – jak nie ja. Problem oczywiście leżał tylko i wyłącznie w mojej głowie, bo tak naprawdę umówmy się: kogo to interesuje czy ja mam soczewki, czy okulary. Ja po prostu tak przywykłam do siebie w soczewkach i do noszenia okularów tylko po domu, że czułam się nie-sobą, czułam się niekomfortowo. I wiem, że być może żadna z Was tego nie zrozumie, ale ja temu swojemu dyskomfortowi się nie dałam, poszłam do butiku i uważam, że osiągnęłam tym samym małe zwycięstwo, równe wręcz nieprzejmowaniu się plamą na bluzce, koniecznością założenia obciachowego stroju roboczego czy seledynowego dresu i różowych klapek z futrzanymi pomponikami.
źródło zdjęcia Kaboompics
Nie chodzi o to, czy w okularach wyglądam dobrze lub źle, chodzi o to, czy jestem w nich prawdziwa. I odpowiedź brzmi: tak. Jestem prawdziwa w okularach, jestem prawdziwa w seledynowym dresie, jestem prawdziwa w różowych klapkach z futrzanymi pomponikami.
Tylko jedna osoba może decydować czy jestem prawdziwa, czy Ty jesteś prawdziwa i czy Ona jest prawdziwa. I jestem to ja, jesteście to Ty i Ona. To, że mam plamę na bluzce, nie oznacza, że ze mnie fleja. To, że mam skrzywioną buzię nie oznacza, że jestem marudą. A to, że piszę na blogu głównie o wyglądzie, nie znaczy, że wygląd jest dla mnie najważniejszy. To, że Tobie wydaje się mój problem z okularami przesadzony, nie znaczy, że twoje problemy są lepsze lub gorsze, ani że ja nie mam większych problemów, niespełnionych marzeń, traum, chorób i niepowodzeń. Patrząc na kogoś, przechodząc koło kogoś, wymieniając z kimś tylko dwa zdania masz tak maleńki wycinek całej jego człowieczej złożoności oraz dajesz jemu tak niewielki wycinek swojej człowieczej złożoności, że nigdy nie będziesz w stanie poznać prawdy o nim, ani zademonstrować prawdy o sobie w tym krótkim czasie.
Co nie znaczy, że nie warto się starać. Co nie znaczy, że trzeba odpuszczać wygląd. Co nie znaczy, że wyglądem nie można rywalizować. Co nie znaczy, że jest coś złego w czuciu się komfortowo. Co nie znaczy, że wyrażanie siebie poprzez wygląd jest puste. Co nie znaczy, że tylko dyskomfort jest cnotą. Co nie znaczy, że czuć się dobrze, bo wygląda się dobrze jest czymś próżnym.
Czy zdarzyło Ci się ostatnio zrobić coś, pomimo dyskomfortu związanego z wyglądem? Czy pochopnie kogoś osądziłaś lub zostałaś pochopnie osądzona ze względu na wygląd?
Znam dobrze ogromny dyskomfort konieczności założenia okularów przy codziennym używaniu soczewek, ale w moim przypadku był to czysto fizyczny problem zawężonego pola ostrego widzenia, a za tym idzie brak poczucia bezpieczeństwa, zwłaszcza w nowym miejscu pomiędzy ludźmi. Jeśli chodzi o pytanie, zapewne jestem pochopnie oceniana, ale nie wiem tego na pewno, nie zastanawiam się nad tym. Od pewnego czasu (nie będę ukrywać, że ten etap rozpoczął się od czytania tego bloga) przestaję myśleć o ubraniu w momencie założenia go i odejścia od lustra. Gorzej z włosami, bo są nieprzewidywalne, kapryśne i niewiele zależy ode mnie, ale robię co mogę a potem też często o nich zapominam. Ale to włosów dotyczą wszelkie moje dyskomfortowe kompromisy. Generalnie mam spokój z wyglądem, a to miła odmiana, bo niegdyś zamartwiałam się tym jak mnie ludzie ocenią. Taki luz chyba przychodzi z wiekiem i akceptacją siebie. Albo z ograniczeniem szafy. I coraz częściej łapię się na tym, że nie zauważyłam jak inni wyglądali.
Większą część życia przechodziłam w okularach, więc nie jest mi to wcale obce uczucie, natomiast teraz już jestem tak przyzwyczajona do soczewek, że nie mogę nawet założyć okularów przeciwsłonecznych. Na tyle źle się czuję, mając okulary na nosie…
Mam zupełnie w drugą stronę. Noszę okulary, jednak czasem sytuacja wymaga soczewek (narażone słoneczny dzień, eleganckie wyjście lub piwo ze znajomymi, gdy chcę się u malować i chcę, by było to dobrze widać). Wtedy mam dyskomfort, jakby czegoś brakowało mi na twarzy. Mam wrażenie, że mimo tego że widzę dobrze to jednak nie widzę, bo przecież nie mam okularów. Dlatego w lato chodzę non stop w przeciwsłonecznych- mam coś na nosie, więc to znaczy, że widzę dobrze :P Do tego jeszcze bez okularów potrafię sama siebie nie poznać na zdjęciu :D taki dyskomfort w drugą stronę, niż opisany w poście.
No to rzeczywiście zupełnie inaczej. Akurat jeśli chodzi o okulary przeciwsłoneczne to mam z nimi taki problem, że nie widząc właściwych kolorów czuję się jakbym nic nie widziała. Dokładnie to samo mam ze słuchaniem muzyki. Nie mogłabym iść przez miasto ze słuchawkami w uszach, bo nie słyszałabym odgłosów z miasta. Nie znam nikogo innego z takimi problemami :)
Mam dokładnie tak samo z okularami przeciwsłonecznymi od kiedy pamiętam :D co założyłam to za chwilę zdjęłam, bo świat w innych kolorach sprawiał że czułam się jakoś nieswojo.
Dokładnie :)
Przybijam piątkę, jeśli chodzi o okulary przeciwsłoneczne – nawet sobie ich już nie kupuję, bo wiem i że tak nie będę chodzić. Kupiłam sobie za to kapelusz z szerszym rondem – też chroni od słońca, a nie muszę zdejmować okularów korekcyjnych, same zalety ;)
Też walczę z własną osobą w okularach. Czuję się za nimi jakaś taka schowana, wycofana. Po domu jest jeszcze w miarę, ale często będąc w drzwiach wyjściowych po okularach już nie ma śladu. Próbuję się przełamać, bo chodzi tu jednak o moje zdrowie. Ten wpis bardzo mi pomógł. Będę do niego wracać. Dziękuję! :)
Mam dokładnie tak samo, jeśli chodzi o okulary, mimo, że gdy czasem w nich wyjdę „do ludzi” wiele osób twierdzi, iż wygląda super:)
Ja uważam, że wyglądam w okularach ok, ale po prostu nie lubię ich nosić :) Okulary przeważnie robią ładną „ramę” twarzy.
Z okularami przeciwsłonecznymi mam podobnie-czuje dyskomfort nie widząc realnych kolorów a do tego nie umiem rozmawiać z ludźmi mając „zasłonięte” oczy. W ogole uważam, że zdjęcie okularów przeciwsłonecznych podczas rozmowy z kimś jest pożądaną grzecznością ale chyba niewielu ludzi przywiazuje to tego taką uwagę… Podziwiam więc tych którzy namiętnie i nie bez sukcesów wykańczają letnie sylizacje ciemnymi okularami, ale ja zwykle wytrzymuje w nich kilkanaście minut i potem kolejna para londuje w szufldzie :)
Mario, przepraszam, że napiszę nie na temat. Bardzo mi się marzy post, gdzie z kilku/kilkunastu pozycji garderoby stworzyłabyś nieskończoną ilość stylizacji… Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie.
Dalia, chodzi Ci o takie zestawy, w których najpierw pokazuję całą pulę ubrań, a potem je łączę w konkretne stylizacje? Dobrze to rozumiem?
Przestałam zwracać uwagę na to, co ludzie mają na sobie. Czuję się zrezygnowana i przytłoczona poziomem bylejakości i niedopasowania do okazji, jakie na codzień widzę na ulicach. Staram się już nie patrzeć na flejowate, wszechobecne dresy. Na dziewczyny w szortach tak krótkich, że odsłaniających majtki i cellulit na bladych udach. Na facetów w krótkich spodenkach i koszulkach „żonobijkach”. Po prostu już nie mam siły na to patrzeć i nawet nie chce mi się myśleć o przyczynach, dla których te osoby wyglądają tak a nie inaczej.
Pozbyłam się ubrań, w których odczuwałam dyskomfort. Na codzień ubieram się tak, żeby nie czuć żenady zarówno wchodząc do sklepu, jak i do urzędu. Jak kończą mi się soczewki, to chodzę bez, bo aż tak ślepa nie jestem ;-) a moje okulary są rzeczywiście mocno niewyjściowe, przeznaczone raczej do pracy przed komputerem.
Nie wiem czy i jak oceniają mnie ludzie. Myślę, że w kwestii wyglądu dość wysoko postawiłam sobie poprzeczkę i najważniejsze jest dla mnie wyglądać dobrze według mnie. Trzymam się dress code’u to mnie jeszcze nie zawiodło.
Ja też nie znoszę mężczyzn w krótkich spodenkach, a już szczególnie takich wzochystych, „szmacianych” które wyglądają jak od piżamy. Jeszcze jak młody chłopak ma zgrabne nogi, wybierze jakiś płucienny czy jeansowy model i fajnie wystylizuje to może to fajnie wyglądać ale też raczej powinno być zarezerwowane do sytuacji nieformalnych. Natomiast zachodzę w głowę co to są „żonobijki”?
wpisz sobie wife beater shirt w googla ;)
Dzięki :-) Nie miałam pojęcia że one mają takie określenie.
Za czasow mojej mlodosci te koszulki nazywaly sie „Boze, dlaczego stworzyles mnie takim bykiem” :-D Serio!
W Komedii Małżeńskiej jest scena z Buczkowskim, który je obiad właśnie w takiej koszulce, drze się na żonę, a jak główna bohaterka przychodzi obejrzeć pokój do wynajęcia to jest bardzo szarmancki dla niej i mówi „Ja tam bynajmniej jestem za równouprawnieniem byleby mnie kobita w drogę nie wchodziła” :)
Tak. Właśnie o to mi chodzi. Mało ubrań w szafie ale mnóstwo kombinacji. Co mieć w szafie jako minimum dla danego stylu i co można z tego pokombinować.
Tak
kilka rzeczy i nieskończona ilość stylizacji. Tylko – jakie rzeczy dla danego stylu?
Tak
Kilka/kilkanaście sztuk odzieży i nieskończona ilość stylizacji z nimi.
Tak.
Kilka / kilkanaście sztuk odzieży i nieskończona ilość stylizacji… oczywiście zestaw podstawowy dla każdego stylu inny.
Dzisiaj pierwszy raz od kilku lat założyłam na cały dzień nieczarne spodnie, a dokładniej jasnoniebieskie dżinsy z przykrótką nogawką – a takie spodnie były na górze listy ubrań nie dla mnie. To tylko głupie spodnie, wiele dziewczyn zakłada takie codziennie, ale dla mnie to ważne. Pokonałam ograniczenie, wyszłam ze strefy komfortu i to z dobrym skutkiem. Myślę że takie sytuacje mogą wiele nauczyć – nie chodzi o sam wygląd, ale o uczucie że się da i pewność siebie, a tutaj każda metoda jest dobra. Im mniej przejmuję się wyglądem tym lepiej dla mnie – a w przypadku ważnych okazji, jak rozmowa kwalifikacyjna, wolę skorzystać z uniformu i mieć pewność, że będę odebrana tak jak chcę. Takie schematy dają dużo wolności i spokoju.
Te jeansy jak rozumiem wiążesz z dyskomfortem, dlatego że dla Ciebie nie są dość eleganckie, tak? Na co dzień nawet nosisz się bardziej elegancko?
Nie noszę tak dużych połaci jasnego koloru, w ciemnym czuję się bezpieczniej. Wiem, że dyskomfort z powodu zwykłych dżinsów może być abstrakcją dla większości ludzi :) ale tak to odczułam.
Szczerze żałuję, że nie zamieściłaś zdjęcia. Chciałabym zobaczyć jak wyglądasz. Sama zakładam okulary tylko do komputera i … gdy chcę wyglądać szczególnie poważnie :) Działają :)
Fotka w okularach jest na Instagramie Marii :)
Bardzo podoba mi się to co napisałaś i czuję,że mogę się odnieść do tego dosyć osobiście.Mam wrażenie,iż kiedy się jest nastolatkiem to rówieśnicy patrzą na wygląd bardzo często jako najważniejszy aspekt kogoś .Nie pomaga fakt,że jeżeli ubiera się oryginalne to wręcz ludzie gapią się bez żadnych skrupułów.Nie ma dnia kiedy nie stoję nad szafą i się nie zastanawiam czy coś nie jest już za dużo albo przejdzie mi myśl,żeby sobie odpuścić.Nie potrafię natomiast wyjść na ulicę w tak zwanej modnej wersji,bo czuję się jak przebrana a nie ubrana,i pod koniec dnia wolę,żeby ktoś się pośmiał a,że emo czy satanista niż wbijać się w wszystkie możliwe trendy by się dopasować.
A ja bym z kolei nie mogła wyjść w czymś, co niesie ze sobą widmo jakiejś katastrofy – typu za krótka spódnica, coś bez ramion – takie rzeczy wydają mi się jakieś takie niepewne, krępujące ruchy i swobodę. Więc jak widzę na blogach np. piękne sukienki od Realisation to wow, jestem pod wrażeniem, że dziewczyny czują się w tym komfortowo i też bym tak chciała :)
A ja lubię te okulary, chodzę w nich na co dzień chociaż do zdjęć raczej ściągam. Trochę paradoks, ale jakoś.. lubię swoją buzię w nich, ale na zdjęciach wychodzi to gorzej.
Ja też lubię to jak w nich wyglądam, ale nie lubię tego uczucia, że mam coś na nosie. Jest to dla mnie niewygodne.
Bo zdarzaja sie okulary, które sa po prostu niefotogeniczne :) Mam takie jedne: w realu super, na zdjeciach wrecz mnie oszpecaja. Jakoze jestem zdeklarowana okularnica (i mam wiecej par okularów), nauczylam sie na okazje, kiedy moge być fotografowana, zakladać inne ;)
Temat bardzo na czasie dla mnie. W nowej pracy muszę mieć na sobie fartuch roboczy i buty sportowe. Fartuch od razu zaakceptowałam, ale trampek i innych sportowych butów nie lubię , a połączenia ich z sukienkami czy spódnicami to już w ogóle. Przez kilka pierwszych dni zakładałam tylko spodnie, albo spodenki. Ale że ja jestem sukienkowa, to szybko machnęłam ręką na te trampki i zaczęłam się ubierać po swojemu. Teraz nie zwracam na to uwagi, ale tylko w pracy. Po pracy zaraz zmieniam buty .
No to brawo, zawsze to jakieś trenowanie swojej siły. I na pewno wygląda to bardzo fajnie. Wizja roboczego fartucha i sportowych butów wydaje się być fajna :)
Ja też tak mam że mój pracowniczy „dress code” ciągnie mnie w dół a nie w górę, tzn. nie obowiązuje mnie elegancki strój (jedynie schludny), a przede wszystkim muszę być ubrana wygodnie. I też noszę fartuch :-). Nie myślałaś o tym żeby stworzyć swój zestaw pod fartuch, taki właśnie do trampek? I chodzić do pracy w sukienkach tylko się przebierać? Wtedy mogłabyś odnaleźć drugą siebie, taką trampkową tylko na 8h w ciągu doby :-)
Po wielu latach noszenia soczewek musiałam z nich zrezygnować. Chodzenie bez okularów nie wchodzi w grę, bo mam za dużą wadę. Przez ostatnie 2 lata przerobiłam kilka par. Mam okulary kolorowe, czarne, lekkie bezoprawkowe, fotochromatyczne . I w żadnych nie czuję się dobrze. Nienawidzę chodzić w okularach. Jest to obcy element na mojej twarzy, przeszkadza mi, 300 razy na dzień mam ochotę je ściągnąć i rzucić w dal. Nie mogę też nosić dużych kolczyków, co dawniej lubiłam, bo mam wrażenie, że za dużo dzieje się przy twarzy. Chyba nigdy się nie przyzwyczaję. Bardzo czekam na post o okularach.
Mam dokładnie to samo, choć jak już pisałam: większą część życia chodziłam w okularach. Laserowa korekcja wzroku nie wchodzi w grę?
Boję się :( Przeraża mnie też długi okres „oszczędzania się” po zabiegu. U mnie niestety to nie wchodzi w grę.
Podlinkuję tu Segrittę, może Cię to troszkę zachęci: http://segritta.pl/laserowa-korekcja-wzroku-lentivu-smile-krok-po-kroku-czy-warto/
Jest mi bardzo bliskie Twoje podejście – komunikowanie przez wygląd, wyrażanie siebie, swojego nastroju czy zapewnianie sobie komfortu poprzez strój.
Ostatnio miałam okazję być w Krakowie, jadłam lody i poplamiłam białą bluzkę. Więc chodziłam z tymi plamami i w sumie nawet się tym nie przejmowałam – cóż, zdarza się. Był lekki dyskomfort, ale nie przesłonił mi tego, z kim się spotkałam i jak smaczne były to lody :)
Co do okularów – jestem zwolenniczką soczewek, ale podobam się sobie w okularach. Gorszy jest dyskomfort – latem poci mi się nos, nie mogę założyć okularów przeciwsłonecznych, zimą okulary parują. Generalnie jest mi niewygodnie nosić coś ciągle na nosie. Ale czasem oczy muszą odpocząć.
Mam to samo z okularami co Ty :) Brawo, wiem że ciężko jest łazić z plamą, mi też się zdarza często, bo jakoś jedzenie lubi mi trafić na bluzkę prędzej niż do buzi. Chociaż jak o tym pomyślę, to cały czas jeansy faflunię bardziej.
Pozwolę sobie o taki komentarz : to nie okulary są jakimś problemem , raczej ich brak .A dosłownie : przyszło lato , chyba najpiękniejsza pora roku i nie wiem dlaczego własnie latem zarówno kobiety jak i mężczyźni nie, chcą dokładnie zobaczyć swojego odbicia ( przez brak okularów? ) . Własnie ta byle jakoś ubrania : ” no bo gorąco ” . Dla mnie , nie ma znaczenia gdzie pracuję, czy idę do sklepu czy , do znajomych stój musi być odpowiedni zarówno do sytuacji jak , i do sylwetki oraz wieku jaki mam . Od kilku miesięcy nosze soczewki ( wcześniej nosiłam okulary , które jeszcze niekiedy zakładam ) , soczewki to komfort ( jak się nie uszkodzi przy zdejmowaniu np. rogówki – mnie się zdarzyło jako nie wprawionej w sztuce wyjmowania soczewek ) , wygoda .
Pozdrawiam serdecznie
A dla mnie to nie jest jakiś wielki problem ta bylejakość, bo ja w sumie rozgrzeszam ją bardzo wysoką albo bardzo niską temperaturą. Tak naprawdę w innych przypadkach też mi ona nie przeszkadza. No po prostu niektórzy się nie przejmują i mnie to w zasadzie nie obchodzi, bo staram się raczej wychwytywać tych, którzy się przejmują i ich „podziwiać”.
Mario , to jakiś niesamowity zbieg okoliczności, że napisałaś teraz akurat post o okularach, od kilku tygodni dobija mnie myśl, że będę musiała chodzić w nich na co dzień. Póki co używam tylko do komputera, ale muszę przerzucić się na codzienne używanie. i czuje dokładnie to co Ty, czuje się jak nie ja, mam styl girl next door, luźny i niezobowiazujacy, swobodny I te okulary jakoś mi z tym nie grają mierzylam setki oprawek i choć obiektywnie nie wyglądam źle, to jakoś tak mi dziwnie, jakos tak ciężko i nieswojo.. .. soczewek nie mogę nosić. Drogie czytelniczki, powiedzcie mi czy wg Was okulary bardzo zaburzaja styl girl next door? jak to ograc żebym to wciąż była ta sama ja… inne kobiety podobają mi sie w okularach, dodają im pewnego uroku, ale ja nie czuje tego na sobie
Jest to tylko i wyłącznie kwestia przyzwyczajenia. Ja przez większą część życia nosiłam okulary i nie było to jakąś udręką. Po prostu teraz jak już się przyzwyczaiłam do soczewek to musiałabym mieć trochę czasu na przestawienie się na okulary. One niczego nie zaburzają, wręcz dodają twarzy ładnej ramy, mogą być ciekawym wyróżnikiem, świadczyć o oryginalności. Jak bym się miała teraz znowu nastawiać na okulary, myślałabym o nich jak o tatuażu – czymś, co jest „kozackie” i dodaje charakteru.
Daisy, okulary bardzo mi pasują do wizji girl next door! Mam w głowie pełno migawek z amerykańskich filmów romantycznych, w których główna bohaterka jest pokazana przy komputerze albo z książką i w tej jednej scenie nosi okulary. Właśnie takie okulary, które sprawiają wrażenie: „o kurczę, nigdy jej nie widziałem w okularach, ale dziwnie wygląda!” moim zdaniem są idealne. I co najlepsze – to nie jest konkretny model, który ciężko znaleźć. To są każde okulary, które sobie wyobrazisz myśląc „zwyczajne okulary do czytania”. A skoro masz już jedne do pracy przy komputerze – być może szukasz czegoś, co masz dosłownie przed samym nosem :)
Ostatnio postanowiłam na maksa wykorzystać potencjał swojej szafy i w związku z tym czuję dyskomfort. Paradoks, bo swoją szafę uważam za całkiem nieźle dopracowaną. Po prostu odzwyczaiłam się od „ładnych” ubrań. Od roku mieszkam w małym mieście w Anglii. Każde wydarzenie kulturalne to wielka wyprawa, bo trzeba się wybrać do innego miasta. W moim miasteczku chodzę tylko do pracy, na zakupy i zjeść coś na mieście. Najczęściej widziany zestaw to dżinsy/legginsy + t-shirt, sieciówkowe tuniki i sukienki. Za każdym razem, kiedy noszę się w moim ulubionym smart casual czuję, że się wyróżniam i nie czuję się do końca komfortowo. W pewnym momencie zorientowałam się, że zakładając spódnicę, markową torebkę czy złotą biżuterię czuję się głupio sama ze sobą, jakbym się stroiła specjalnie do mięsnego. A przecież zawsze tak się nosiłam! Postanowiłam unikać zestawu spodnie + t-shirt. Nie chcę zaniżać swojego standardu tylko dlatego, że większość ma inny.
Może nikt nie zrozumie mojego dyskomfortu, ale taki właśnie jest :)
Dobrze to rozumiem. Odwieczny nierozwiązany problem – czy dostosowywać się do większości, wyglądać jak oni, czuć się komfortowo, ale jednak ze smutkiem patrzeć na swój dawny styl czy wyrażać siebie w stu procentach, ale przez to czuć się odmiennie i trochę na wyrost. To uczucie, że za bardzo się staram, mimo, że efekty tego starania są dla mnie w porządku, też by mnie chyba trochę męczyło.
Mario, skoro tak stawiasz sprawę, to mój problem właśnie się rozwiązał. Wybieram to samo, co w życiu: zdecydowanie wolę wyrażać siebie w 100%
Inaczej nie czytałabym Twojego bloga :)
Oj, bardzo cię rozumiem. Niestety ja nie potrafię się zmusić do noszenia okularów, choćby przez chwilę i jeśli nie zakładam soczewek to ciągle się krzywię, żeby coś zobaczyć. Swoje okulary nosiłam (a bardziej męczyłam się z nimi) niecałe pół roku, późnie już ich nie zakładałam. Myślę, że ta niechęć wynika w pewien sposób z moich kompleksów, bo w okularach wydaje mi się, że moja twarz jest karykaturalnie brzydka. :(
Nie chce mi się wierzyć, żeby oprawki kogokolwiek zmieniały w brzydkiego. No tak to na pewno nie działa. Raczej siedzi to w głowie, zupełnie niesłusznie, jest to kwestią nieprzyzwyczajenia i szukania w sobie na siłę czegoś brzydkiego. Tak myślę. Nie ma tak, że jesteś niebrzydka, zakładasz okulary i jesteś brzydka. Niemożliwe :)
Tez myśle, ze nie ma osób, które okulary czynia brzydkimi. Istnieja za to źle dobrane oprawki – moze warto zrobić sobie wycieczke po dobrych optykach?
Ostatnio zrozumiałam, że są różne odmiany dyskomfortu. Jedne – akceptowalne. Inne – nie. T-shirt i lekkie trampki otulają ciało przyjemniej niż spódnica z mięsistego materiału i skórzane półbuty, ale to w tym drugim zestawie czuję się ładniejsza, szczuplejsza, zadbana. Czyli komfortowo. W pierwszym jest mi wygodniej, ale i mniej „zgrabnie”, a gdy muszę załatwić coś ważnego/chcę się spodobać, to wręcz „niezręcznie” i „głupio”.
Otóż to, mam to samo. Wygoda i komfort to nie jest zawsze to samo :) Jesteśmy obie chyba z tych przejmujących się ludzi haha.
A ja moje okulary po prostu KOCHAM. A tak naprawdę ich nie potrzebuję – mam raptem ćwierć dioptrii. Okulary sprawiają, że ludzie oceniają mnie inaczej – jako osobę starszą i bardziej kompetentną niż jak jestem bez nich, a w mojej pracy to po prostu bezcenne. Specjalnie szukałam oprawek, w których będę wyglądać jak sucz, a nie ładnie ;)
DOBRE :)
ostatnio jadłam w barze obiad i niestety się ubrudziłam =/ jak ja się wstydziłam tej plamy i ciągle ją zasłaniałam ręką co pewnie przynosiło efekt odwrotny to zamierzonego zamiast ją ignorować to podkreślałam że mam plamę i nie chce by ktoś ją widział i że mi z jej powodu jest niekomfortowo. Ja rzadko wychodzę ze strefy komfortu ubiór daje mi poczucie pewności siebie szczególnie w sytuacja służbowych i nie wyobrażam sobie bym na dzień dzisiejszy wychodzić z niego może kiedyś jak okrzepnę w pracy =)
Być może przydałoby się chociaż o kroczek się ruszyć. Spróbować dla siebie czegoś nowego w ubiorze, a potem czegoś nowego w życiu :)
Rozstałam się z facetem dwa miesiące temu i od tego czasu czuję się jak kluska. Nie jestem jakoś szczególnie w emocjonalnej rozpaczy (już), ale stresy odreagowywałam hiperaktywnością i jedzeniem, więc strasznie pogorszyła mi się cera oraz zakupami, by przykryć sobie w sobie kluskowatość. Jestem ciągle sobą, tylko się z sobą źle czuję. Na szczęście mija powoli, ale ciągle mi jakoś ze sobą źle.
To przykre, mam nadzieję, że coś dobrego mimo wszystko z tego wyniknie dla Ciebie.
Myślę, że całe stado dobroci, tylko jeszcze trochę potrzeba balsamicznego działania czasu :)
Marysiu, naprawdę myślisz, że ludzie zna prawdę o sobie samych? To co piszesz w ostatniej części wpisu jest wzniosłe i dotyczy pięknej idei samoakceptacji, ale dla ilu z nas jest to realne, prawdziwe odczucie siebie samego, a na ile abstrakcja? Wiesz, chodzi mi o to miejsce w naszym umyśle/duszy, gdzie przenika się nasze wyobrażenie o samym sobie, a nasze 'prawdziwe ja’.
To jest wręcz temat na oddzielną dyskusję, ale ja sama doszłam do takich wniosków, że ludzie, którzy są refleksyjni tę prawdę znają. A ci, którzy się nad tym nie zastanawiają, nawet nie mają poczucia tego, że może być jakaś prawda, poza którą są. Nie chcę tego zbytnio komplikować, ale właśnie czasem to, że zbyt coś mielimy w sobie, nas odpycha od prawdy. Im więcej się szuka, tym bardziej jest się zagubionym. A chyba wystarczy tylko się pogodzić ze sobą na każdym etapie swojego wieku, wagi, wyglądu itd., żeby się uwolnić od kompleksów albo poczucia zagubienia. Zawsze jesteśmy prawdziwi mam wrażenie, ale nie zawsze prawda jest dla nas, jakby to ująć – korzystna?
Fajnie, że pojawił się motyw perfum! Kiedyś w komentarzu zahaczyłam o perfumowy wątek i marzy mi się w ogóle jakiś post o perfumach u Ciebie, pamiętam te z analizy kolrystycznej, czytało się bardzo ciekawie, choć miałabym inne zdanie co do pewnych wyborów. Białe retro kwiaty, jak Anais Anais to mocny kaliber. Babeczka miała odwagę. Perfumy to potężna broń w tworzeniu wizerunku, jak mamy pod ręką swoje ulubione, idealne dobrane to można góry przenosić. A przekraczanie granic tego co nosimy (mam na myśli perfumy) to jak z zakładaniem odważnych ubrań. Zjawisko dyskomfortu zaś, o którym mówisz pojawia się często kiedy testuję nowy zapach i idę z nim do ludzi. Reakcje bywają przeróżne, jest frajda, tyle powiem :D.
Nigdy nie myślałam o perfumach w ten sposób. Wiem, że źle bym się czuła w czymś, co jest zbyt często spotykane, takie wręcz sztampowe. Ale poza tym chyba nie stawiam perfum aż tak na równi z ubraniami.
Jeśli chodzi o perfumy, to raz się zaskoczyłam, kiedy na swoim znajomym chłopaku rozpoznałam… Black Orchid Toma Forda. W pierwszej chwili pomyślałam, że to za ciężki kaliber jak na niego, bo jest niewysokim i drobnym blondynem, trudno mi myśleć o tym gościu jako mężczyźnie, ta drobność mi w tym przeszkadza. W drugiej chwili jednak pomyślałam, że to nie jest zły wybór. Jest to zapach niezwykle oryginalny i ciężki, nawet dla faceta, a on się odważył przekroczyć granicę.
Ostatnio przekroczyłam pewną granicę komfortu, bo ubrałam się dawno nieubieraną rozkloszowaną sukienkę w jasne, pastelowe kwiaty na żółtym tle. Po tak ostrej zmianie, jaką było skierowanie się do rockowego stylu z mocnym glamour i boho, poczułam się zaskoczona tym, jak mogłam w takie coś się ubierać. Czułam się w niej jak dziwadło, jakbym się przebierała za grzeczną dziewczynkę… w każdym bądź razie pewna pani zwróciła uwagę mojej mamie, że chyba przytyłam albo jestem w ciąży. Inne skomentowały, jaka ładna sukienka, że powinnam takie nosić, bo są ładne! Kiedy zapytałam się, czy ładnie w nich wyglądam, to powiedziały, że tak, bo blondynki powinny nosić słodkie sukienki…
Konkluzja – przefarbuję się na czarno :D
Czasami ludzie komplementują coś tylko dlatego, że jest inne, ale tak naprawdę nie są przekonani do tego, że to jest fajne :) Nie mówi od razu, że te komplementy są nieszczere, ale raczej, że są efektem nowości niż realnego zachwytu.
Szkoda, że nie ma fotki z Tobą na otwarciu butiku Kamińska-Zaczkiewicz. Wszyscy pewnie umierają z ciekawości :)
Na instastories dawałam fotki, ale tutaj też jest jedna: https://www.instagram.com/p/BVuvrtNABfF/?taken-by=ubierajsieklasycznie
To ciekawe bo kiedy myślę sobie co by było dla mnie przekroczeniem strefy komfortu w ubraniu to jedyne co wydaje mi się serio czymś takim jest zdjęcie okularów. Noszę bardzo wyraziste okulary od wczesnego dzieciństwa i w dodatku niemal zupełnie nic bez nich nie widzę ledwie jakieś rozmyte barwy. Sprawia to, że zdjęcie ich publicznie jest dla mnie jak pokazanie się nago bo z jednej strony sprawia, że jestem w pewnien sposób bezbronna a z drugiej bardzo wyraźnie obnaża to jakie mam faktycznie ciało pod spodem co w przypadku noszenia cale życie czegoś w rodzaju maski jest sporym krokiem. Innych sposobów na sprawienie sobie takiego dyskomfortu nie umiem sobie wyobrazić. Myślę że ubieranie się na codzień bardzo ekstrawagancko sprawiło że złapałam pewien dystans do tego jak wyglądam i właściwie w niczym nie czuje się dziwnie i nie na miejscu. Nie mam problemu ani z noszeniem długi czas prostych ubrań w rodzaju mundurka takiego samego jak wszyscy, nie mam problemu z oszpeceniem się, nie czuję się źle chodząc po mieście brudna warstwami farb, klejów i ze styropianem w tłustych włosach- zbyt często,muszę to robić żeby wywołało to we mnie jakieś wraźenie. Ale bez okularów tak jak i nago w wielu sytuacjach i miejscach jednak nieswojo i dziwnie, na pewno nie czułabym się sobą. Oczywiście z dobrego powodu mogłabym to zrobić, pewnie gdybym je stłukła to wybrałbym się w końcu do optyka bez nich na nosie tak jak gdybym grała w spektaklu gdzie mam tańczyć nago na rynku też bym to bez wielkich ceregieli zrobiła ale na pewno czułabym jakiś dyskomfort i nie widzę powodu żeby wystawiać się na coś takiego na co dzień.
Jak mi kiedyś wypadła soczewka jedna na basenie i mój mąż musiał mną się bardziej opiekować przez te 5 minut do szatni, to się czułam jak dzieciątko we mgle. Brrr, nie widzieć jest strasznie :(
A na basenie akurat już jakoś ogarnęłam ale zawsze chodzę na ten sam i znam wszystko na pamięć na dotyk a to że mam okularki pływackie pozwala mi nie czuć tego wizualnego dyskomfortu ale początki były okropne.
Ja też bez gogli się nie ruszam, ale byłam taka niewprawiona jeszcze i nie uważałam zbytnio :)
Mimo że co jakiś czas eksperymentuję z niemalowaniem się, to ostatnio znów przed wyjściem nakładam lekki podkład i tusz do rzęs. Pewnego dnia dziecko mnie zagadało i wyszłam z domu sauté. Załatwiałam mnóstwo spraw, byłam w sklepie, urzędzie, gdzieś tam jeszcze i dopiero w domu zdałam sobie sprawę z tego, że pokazałam się bez makijażu. Z wielkim pryszczem na policzku, czerwonymi oczami i zmarszczką na czole. Dopiero w domu poczułam ten dyskomfort o którym piszesz. Kolejny raz przekonałam się, że całe nastawienie jest w naszej głowie. Zazwyczaj świadomie wychodząc do ludzi bez makijażu staram się nie rzucać w oczy, gdzieś tam szybko przemknąć, teraz – przekonana, że tusz i korektor są na swoim miejscu – byłam „sobą”, bardziej pewna siebie i w ogóle. Takie eksperymenty z codziennością pomagają nam uczyć się siebie. A Ty i tak zawsze wyglądasz świetnie, w okularach czy bez :)
A ja dzisiaj byłam bez makijażu. Wychodziłam z domu zadowolona „a zrobię sobie dzisiaj wolne od malowania”, a potem za każdym razem jak miałam styczność z lustrem to żałowałam :) Jednak makijaż jest dla mnie bardzo ważny, obiektywnie patrząc korzystny i subiektywnie patrząc komfortowy.
Dobrze rozumiem Twój dyskomfort związany z okularami, bo noszę je od prawie trzydziestu lat i ciągle nie mogę się do nich przyzwyczaić. Najchętniej zamieniłabym je na soczewki, ale niestety, przy mojej wadzie wzroku zalecane są okulary – konsultowałam to z kilkoma okulistami nie przyznając się, że już kogoś o to pytałam i każdy mówił to samo. Soczewki natomiast mogę zakładać okazjonalnie – na imprezy, basen, aerobik.
A ja się dziwię Waszym obiekcjom co do okularów, bo dla mnie to jeden z najbardziej intrygujących dodatków. Jest teraz tyle modeli o tak cudownych oprawkach, że niemal żałuje, że nie mam żadnych przesłanek do noszenia. Póki co odbijam to sobie kolekcjonując ekstrawaganckie okulary słoneczne. Jeżeli chodzi o moje poczucie dyskomfortu, to paradoksalnie najgorzej czuję się w sytuacji, gdy nagle okazuje się, że „przesadziłam”, trochę za bardzo wyeksponowałam nogi czy biust, nieco za bardzo się wystroiłam, nieodpowiednio do okazji. Lubię się ubierać tak, żeby rzucić się w oczy, ale fatalnie czuję się, gdy emanuję seksualnością. Jestem fanką zmysłowości i tajemniczości, ale nie dosłownego erotyzmu. Niedawno kupiłam sobie przepiękną sukienkę, zwiewną, niby niewinną, długą prawie do ziemi i diabeł wyszedł z pudełka w momencie, gdy usiadłam przy stoliku i nagle mój dekolt stał się dwa razy większy niż w pozycji stojącej. Wątpię, czy jeszcze kiedykolwiek ją założę
Nie wiem skąd się to bierze, ale ja też mam podobnie względem tego jak to ujęłaś dosłownego erotyzmu. Nie uważam bym była pruderyjna, nie kojarzy mi się to źle na kimś innym, ale jakoś na sobie pewnych rzeczy nie widzę. Choć i tak coraz bardziej poszerzam swoje granice, może przyjdzie taki dzień, że będzie to dla mnie ok wyjść z takim właśnie dużym naprawdę dekoltem.
#rawita, jest mnóstwo różnych dodatków, ale czy to znaczy, że muszą się nam wszystkie podobać i musimy wszystkie lubić? Okulary zupełnie inaczej się nosi, gdy się musi, a inaczej, gdy się chce.
Mam to samo z okularami, a szczególnie z combo okulary + brak makijażu. Okulary dobierałam do długich włosów z prostą grzywką i pasowały idealnie, nadawały charakteru, a teraz mam krótkie włosy z długą grzywką na bok i moim zdaniem okulary zmieniają proporcje twarzy (na mniej korzystne w moim odczuciu). Noszę okulary tylko jako sporadyczną alternatywę dla soczewek, więc nie widzę sensu kupować kolejnej pary, szczególnie, że to spory wydatek.
Ale jeśli czujesz, że zostaniesz z tymi włosami na dłużej to idź do optyka i poprzymierzaj, a nuż będą jakieś, które w 100% wpasują się w Twój charakter. (przy tych długich włosach nowe okulary były objawieniem, a oczy też są wdzięczne jak od czasu do czasu zrobi im się urlop)
(chyba właśnie przekonałam samą siebie, że potrzebuję nowych okularów…)
Przydałyby mi się nowe okulary, to fakt :) Mam bardzo grube szkła i z tego względu nie lubię sobie dobierać oprawek. Bo inaczej wyglądają oprawki ze sklepowymi szkiełkami, a potem inaczej z tymi moimi. No ale co zrobić…
Można kupić „odchudzane” szkła. Nie wiem jak to się profesjonalnie nazywa, być może chodzi o to, że są plastikowe, a nie szklane? Przy moim -5 okulary wyglądają całkiem normalnie, znam dziewczynę z -11 i też nie zwróciłam uwagi, żeby jej okulary były wybitnie grube. Może inaczej jest z plusami, ale może warto o to zapytać u optyka. Ewentualnie szukać oprawek, które to zamaskują ;)
Niestety, mimo wysokiego indeksu te cieńsze szkła przy wysokiej krótkowzroczności i tak wyglądają mocno nieciekawie – zwłaszcza gdy ktoś patrzy na okulary pod kątem. I nie ma na to rady, bo szkło musi spełniać swoją rolę, czyli odpowiednio załamywać światło. Też mam z tym problem, co z tego, że ładne i dopasowane do twarzy oprawki, gdy grubość szkieł psuje efekt. A indeks mam najwyższy z możliwych.
Też mam bardzo grube szkła przy bardzo dużych oprawkach wygląda to troszeczkę lepiej bo mają jakby miejsce żeby się zawęzić do ramy ale z boku to i tak denka od butelek
Czytając Twój tekst, pomyślałam że fajnie że minęły już czasy kiedy okulary były uważane za synonim brzydoty i atrybut „Brzyduli” w komplecie z aparatem na zębach ;) Osobiście nigdy nie miałam i nie mam dużego wyboru w tej materii, bo idę przez życie ze szkłami o mocy -22 dioptrii, a szkła kontaktowe niestety odpadają ze względu na jaskrę. Kiedyś miałam z tego powodu nawet kompleksy, ale dzisiaj… Bez okularów wyglądam jak nie ja ;)
Maria, jak ja doskonale Cię rozumiem z tymi okularami:). Noszę soczewki od 25 lat, a okulary jedynie w domu. Zdarzyło mi się, że zapomniałam kupić soczewki i musiałam wyjść w okularach – czułam potworny dyskomfort, tak po prostu. Chociaż w okularach to też jestem ja, ale domowa.
Co do oceniania ludzi, to taka jest nasza ludzka natura. Wszyscy to robimy. Nie bez powodu mówi się, że liczy się pierwszych 7 sekund i pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz. Nie żyjemy w próżni i czy się to komuś podoba, czy nie wygląd dużo o nas mówi i nie ma nic złego ani wstydliwego w przykładaniu do tego wagi. Już w dzieciństwie lubiłam obserwować ludzi i w mojej głowie rodziły się różne historie na ich temat. I te obserwacje okazały się bardzo przydatne w czasach, kiedy jeszcze trudno było kupić soczewki (tak wiem, wielu osobom trudno to sobie wyobrazić;)). Otóż zakładałam na wykładach okulary, ale w czasie przerw je zdejmowałam i słabo widziałam. Nauczyłam się więc rozpoznawać ludzi idących w moim kierunku, po sposobie poruszania się i stukania butami – rytm kroków:). I to mi zostało do dziś.
Pozdrawiam serdecznie, Renata
Noszę okulary całe życie, nie pamiętam siebie bez okularów. Nie mogę ze względu na wadę nosić szkieł kontaktowych i po raz pierwszy odkąd czytam tego bloga nie za bardzo rozumiem problem. Po prostu nie wiem o czym piszecie. Okulary są częścią mnie, były zawsze , już w czasach przedszkolnych. Właśnie minęło im pół wieku. A dyskomfort czułabym , gdybym założyła coś niewyprasowanego. Nie potrafię, nawet w domu do mycia okien. Po prostu nie i już.
Noszę okulary od dziecka. Nic bez nich nie widzę, a z drugiej strony często zapominam, że tam są – zdarzyło mi się już wparadować w nich pod prysznic albo położyć się pod kołdrą. Nadal tak samo ich nie cierpię, traktuję jak uprzykrzoną, oszpecającą protezę. Nie pomagają komplementy, zbudowane na zasadzie: „a ja to lubię dziewczyny w okularach…” (Gdy słyszę coś takiego, mojej głowie rodzi się wizja przygłupiastej pensjonarki potykającej się o własne nogi albo przebranej na „biurowo” damesy z jakiegoś pornosa.) mam zespół suchego oka, więc ani soczewki, ani tym bardziej żaden rewolucyjne zabiegi z laserem mi nie grożą. Błogosławię kulturę selfie – dzięki niej masz szansę pokazać ludziom dookoła, jak wyglądam naprawdę.
Kupiłam kiedyś za namową narzeczonego jeansy firmy Mustang za horrendalną cenę prawie 400 zł – jak dla mnie to bardzo dużo pieniędzy – i niestety, jak we wszystkich ubraniach, do których mnie ktoś namówił, czyję się w nich bardzo niekomfortowo. Mimo wszystko zakładam je czasami, choć zauważyłam, że nieświadomie mam wtedy zły humor…