Czytelniczka Lena zadała świetne pytanie w formie komentarza pod jednym z postów. Dzisiaj odniosę się do niego i postaram się rzucić moje spojrzenie na zagadnienie jakie zostało tu poruszone, bo to dosyć złożona kwestia!

Baaaardzo podoba mi się, kiedy ktoś przy minimum środków (na pierwszy rzut oka) wydobywa maksimum potencjału. Chodzi mi o takie niby stonowane ubieranie się w jeden lub prawie jeden kolor – gdzie jedni będą wyglądać marnie, biednie wręcz, trochę w tym „ginąc” i „blednąc” a z kolei u innych wygląda to rewelacyjnie… Jak to zrobić? Da się to zrobić? Czy takie „wyczucie” to musi być gdzieś od urodzenia? A co z typami urody? Każdy może? O co mi chodzi – najlepszym zobrazowaniem tego, o co mi dokładnie chodzi jest pani Asia z thinkinggraphic… Za dużo koloru, wzoru czy czegokolwiek „urozmaicającego” tam nie ma, prawie wszystko czarne, czasem jakaś srebrna nitka… a to wygląda na taki majstersztyk! I podkreśla urodę Joanny. Nie wygląda „niewyraźnie”… Są na to jakieś sposoby? Jakiś klucz? Czy to jest po prostu niesamowite wyczucie i osobisty styl, który „się ma lub nie i kropka”???

Zacznę od tego, że znam Asię osobiście i mogę potwierdzić, że robi na żywo dokładnie takie wrażenie, jak o tym pisze Lena. Instagram Asi jak się możecie domyślać oddaje znakomicie jej estetyczny zmysł. To tak tytułem wprowadzenia dla osób, które zastanawiają się kim jest Asia i jaki ma styl.

A co do odpowiedzi na to pytanie, w jednym wielkim skrócie: ja właśnie o tym napisałam książkę. O tym dokładnie są Warsztaty stylu. Bo dla mnie oczywistym jest, że temat stylu trzeba przepracować, a potem zbierać owoce. A tymi owocami mogą być właśnie: minimalne wysiłki, maksymalny efekt.

Oczywiście wiem, że taka odpowiedź nie jest satysfakcjonująca dla większości, więc zapraszam do czytania wersji wydłużonej :)

Muszę na początku dobrze sprecyzować to, o czym będę pisać. I znów w skrócie odpowiadając na pytanie Leny: czy każdy będzie dobrze wyglądał w jednym kolorze? Nie. Technicznie na rzecz patrząc, niektórzy potrzebują kontrastu, muszą niejako unikać robienia z siebie kolumny koloru, żeby nie powiedzieć plamy. Ale ja bym wolała to pytanie postawione w takiej formie: czy każdy, za pomocą minimalnych środków, może osiągnąć niesamowity efekt? I tu już odpowiedź brzmi: oczywiście, że tak! A bierze się to po prostu stąd, że nie ma czegoś takiego jak ustalona z góra „minimalna liczba środków”, która będzie dla każdej kobiety taka sama. Każda z nas może wyrobić sobie tę swoją minimalną liczbę środków i dla mnie to może być tych środków najmniej 20, dla Leny najmniej 5, dla Heleny najmniej 3, a dla Weroniki najmniej 41.

Są takie osoby, które wyglądają tak, jakby tych środków nie używały dużo i to zdecydowanie robi wrażenie na tych, którzy uwielbiają obserwować styl innych. O niektórych z nich pisałam na blogu i są to Sofia Coppola czy Carolyn Bessette Kennedy. A do tego grona dodałam bym jeszcze np. Elin Kling i Phoebe Philo.

Przypomnijcie sobie proszę mój wpis: Uniwersalna metoda na bycie stylowym. Do tego się wszystko sprowadza. Mamy trzy proste kroki do stylu:

1) upraszczamy paletę kolorystyczną
2) upraszczamy formę ubrań
3) dodajemy jakiś charakterny akcent, żeby mocno zaznaczyć nasz indywidualny styl.

Te cztery osoby, które wymieniłam wyżej jako przykłady miłośniczek prostego stylu, wyglądają tak, jak gdyby zatrzymały się na kroku numer dwa i już raczej nie dodawały niczego więcej do stylu. Dlaczego więc mamy cztery osoby, ubierające się naprawdę bardzo prosto, ale w rzeczywistości wyglądające od siebie zupełnie inaczej? Odpowiedź jest banalnie prosta: bo każdy ma swoją wersję prostoty. Nie ma dwóch takich samych prostot. I to oczywiście jest jedna z kluczowych rzeczy do zrobienia przy pracowaniu nad swoim stylem: znaleźć swoją prostotę. A dopiero potem można decydować czy się zatrzymujemy na tym etapie, czy chcemy coś dokładać, czy chcemy czegoś więcej!

Źródło zdjęć (od lewej): 1, 2, 3, 4.

Spójrzcie na te cztery jakże zupełnie od siebie inne interpretacje czarnego wyjściowego stroju. Mała czarna w wykonaniu Carolyn Bessette Kennedy zawsze odsłaniała ramiona, albo całkowicie, albo za pomocą cieniutkich ramiączek, albo tak jak tutaj za pomocą grubszych ramiączek. U Sofii Coppoli, czarne sukienki zazwyczaj mają krótkie rękawy i delikatnie rozszerzany dół. Phoebe Philo bardzo lubi luźne spodnie, więc kombinezon jest naturalną interpretacją wieczorowego stroju, a z kolei Elin Kling praktycznie nie nosi sukienek i na wieczór założyła po prostu czarne eleganckie spodnie i czarną gładką bluzkę (to nie jest kombinezon).

Jeżeli prostota jest dopracowana, to jak najbardziej można zostać na tych dwóch pierwszych etapach i już niczym jej nie akcentować. Przez to właśnie, że każdy ma swoją prostotę, ona może być absolutnie samodzielnym stylem. Mi osobiście taka opcja nie pasuje, ja zawsze lubię jakieś mocne akcesoria, podbicie ubrania mocnym makijażem lub dużą biżuterią i czułabym się po prostu nie do końca gotowa, zakładając swoją wersję prostoty. Dla mnie prostota jest więc startem i na niej dopiero buduję coś wyraźniejszego.

Warto jednak wspomnieć o czymś ważnym. Prostota to nie znaczy łatwość, niestaranie się i zakładanie na siebie byle pierwszej koszulki znalezionej na stercie ubrań. No hej, gdyby tak było, wszyscy wyglądaliby jak szwedzkie blogerki modowe lub redaktorki z pism o modzie :) O prostotę trzeba powalczyć. Trzeba się zastanowić, jakie kolory, jakie kroje są dla Ciebie najlepsze, jaki jest Twój standard, w czym się dobrze czujesz… Są do tego narzędzia: są Twoje doświadczenia, są różne podziały sylwetek, jest analiza kolorystyczna, są styliści, są zaufane przyjaciółki, są książki, są inspirujące blogi i konta na instagramie… Można podpatrywać, kopiować, inspirować się, próbować i małymi krokami, małymi przegranymi i małymi wygranymi dochodzić do swoich własnych interpretacji prostoty. Nie należy tylko robić jednego: nie należy się poddawać.

Powiem teraz coś, co będzie zapewne dla niektórych oczywiste, ale umysły podobne do mojego na pewno zostaną zaskoczone. Ja jestem teoretykiem, nie ukrywam tego wcale, dzięki temu ten blog jest rozpoznawalny i lubiany przez całkiem spore grono czytelników. Ale to nie teoria, a praktyka szlifuje styl. Trzeba myśleć, ale trzeba też robić. Trzeba dać sobie prawo do popełnienia błędów i do strachu, ale robić! Co to znaczy?

Należy eksperymentować. Należy zwracać uwagę na rzeczy w swoim stylu w sklepach, ale raz na jakiś czas wziąć do przymierzalni jeansy o zupełnie innym kroju niż zawsze i przekonać się na własnej skórze, że może być tragicznie, ale że może być też całkiem fajnie. Trzeba sporadycznie użyć cienia do powiek w zupełnie inny sposób niż zwykle i na przykład namalować sobie delikatną linię na dolnej powiece i dać szansę takiemu makijażowi, przechodzić w nim cały dzień i od czasu do czasu przejrzeć się w lustrze i dostrzec w sobie coś innego niż zawsze. Trzeba dawać sobie mini zadania typu: dwa razy pod rząd ta sama koszulka, ale w zupełnie innym wydaniu albo sportowe buty do sukienki… Jeśli zostajesz na poziomie teorii masz szansę mieć dobry, zachowawczy, bezpieczny styl. Chcesz być mistrzem swojego stylu? Praktyka czyni mistrza.

Wiecie, że lubię listy. I tym razem też mam dla Was listę :) Co zatem jest najważniejsze przy budowaniu stylu bazującego jedynie na prostocie i minimum środków, co zapewni nam maksimum efektu?

  1. Pewność siebie
    Niezależnie od tego czy kolory, kroje są teoretycznie dobrze dobrane, osoba, decydująca się na prosty styl musi być co do tej decyzji przekonana. Nie mam wątpliwości, że jeżeli wg analizy kolorystycznej nie pasuje do Ciebie brąz, ale Ty w brązie czujesz się super, to wyglądasz super. To czy coś się pokrywa z zasadami, teorią, podziałami jest zawsze sprawą drugorzędną w stosunku do tego, co my sami lubimy (lubimy, a nie wybieramy z lenistwa czy niechlujstwa) i co dodaje nam pewności siebie. Fajnie jak te dwie sprawy się ze sobą pokrywają, ale w przeciwnym razie i tak nie ma tragedii!
  2. Znajomość siebie
    Wiesz, co lubisz, masz swoje sposoby na zakupy, wiesz co do Ciebie pasuje, to jesteś w stanie zawojować świat. Oczywiście, do znajomości siebie dochodzimy przez rozmyślanie nad sobą, ale przede wszystkim przez, tak jak pisałam wyżej, eksperymenty. Nawet popełniać błędy należy rozważnie – nie załamywać się, że „źle dzisiaj wyglądałam w rybaczkach”, tylko przeanalizować „dlaczego źle wyglądałam w rybaczkach” lub zastanowić się „co było nie tak w tych konkretnych rybaczkach na mnie”.
  3. Powtarzalność
    Prosty styl może korzystać z tych samych elementów dzień w dzień, ale właśnie na tym polega siła prostoty, że nie będzie to zahaczało o nudę. Każdego dnia te same jeansy, ale każdego dnia w innym wydaniu. Ulubione szpilki noszone absolutnie do wszystkiego. Ten sam poziom dramatyzmu w makijażu zarówno na wieczór jak i na dzień. Jedna elegancka sukienka w szafie, ale brak tego ohydnego odczucia, że nie masz się w co ubrać…
  4. Konsekwencja
    Zauważcie, że najbardziej podobają nam się stylówki osób, po których wiemy, czego możemy się spodziewać. To jest właśnie to ćwiczenie stylu: zakładanie na swój styl pewnej tematycznej ramy i w tej ramie tworzenie właściwego obrazu. Każdego dnia ta sama rama, ale zawartość obrazu troszkę inna. Postawmy się w roli obserwatora: on widzi, że lubimy pewne konkretne rzeczy, ale i tak za każdym razem jest zaskoczony tą naszą nową interpretacją stylu. Tym, że pojawia się kolejna wersja naszego stylu, tak inna od poprzednich, ale paradoksalnie tak z nimi spójna!
  5. Myśl przewodnia
    Nawet w prostocie można, a powiedziałabym, że warto, mieć jakiś pomysł i go realizować. Postawić na określone neutrale, wybierać bardzo podobny typ biżuterii, podpatrywać konkretnego projektanta mody, znaleźć swoją ikonę stylu…  Zakupy bez myśli przewodniej raczej się nie udają, a już na pewno nie są bardziej satysfakcjonujące od tych, w których idziemy z jakąś wizją do sklepu i po wyjściu z niego wiemy, że mamy tę wizję zrealizowaną.
  6. Detale
    Dopiero, kiedy masz pełny obraz, kiedy wiesz czego chcesz, jesteś w stanie postawić kropkę nad i. Wtedy rzeczywiście ma sens patrzenie na okucia w torebce, na nitkę użytą do szwów, na wewnętrzne kieszenie w kurtce, na to jak zachowuje się cień do powiek pod wpływem zmiany oświetlenia, na kolor podszewki w płaszczu itd. Wtedy takie małe detale sprawiają Ci przyjemność. Wtedy już się tylko upajasz…

Mam nadzieję, że to widać: jestem kreatywnie pobudzona i duża w tym zasługa Waszych wartościowych komentarzy. Bardzo Was proszę, byście (jeżeli wchodzicie przez fejsa) zostawiały lajki pod zapowiedzią posta, bo facebook niestety urywa zasięgi, więc każdy kciuk jest na wagę złota. Napiszcie mi czy chciałybyście przeczytać więcej o prostocie w odniesieniu do tych czterech podanych pań. Zrobiłabym może coś na kształt analizy porównawczej. I napiszcie jaka jest Wasza definicja prostoty. Wasza, czyli nie „co to jest prostota”, a „jak wygląda moja prostota”!