Pisałam ostatnio na instagramie z jedną z czytelniczek, która była już po lekturze mojej książki Ćwiczenia ze stylu. Jaka to była dla niej ulga, znaleźć potwierdzenie w tym, że styl nie musi być jednorodny… Że można mieć nawet kilka stylowych osobowości i nie przejmować się tym, czy one się w teorii wykluczają.
W książce napisałam, że są dwie Marie. Teraz, gdy o tym myślę, sądzę że Marii może być z dziesięć. Gdybym policzyła dłużej Marii byłoby około setki.
10 Marii
- Lubi się wystroić, wyróżniać w tłumie.
- Lubi zniknąć, założyć na siebie coś prostego.
- Lubi dobre materiały, rzeczy super jakości.
- Lubi spontanicznie kupić coś taniego, spełnić szybką zachciankę.
- Lubi wygodę siedząc w domu, tarzać się po dywanie w starych ciuchach.
- Lubi się odstawić po domu, zrobić mocny makijaż nawet, gdy nikogo nie ma.
- Lubi skromne sukienki, zakrywanie całego ciała.
- Lubi krótkie spódnice, prześwitujące ubrania.
- Lubi rozczochrane włosy, niedbałość w wyglądzie.
- Lubi ulizane włosy, bardzo surowy wygląd.

Kobieto, proszę, wrzuć na luz. Nie jesteś jedna, i dobrze. Jeśli patrzysz na spójne instagramowe feedy kobiet, które sobie wszystko poukładały i myślisz, że to jest życie, to informuję Cię, że to nie jest życie. Nikt raczej nie pokaże się w czarnej koszulce po zabawie z kotem :) Instagram to co najwyżej inspiracja. Bierz z niej ile się da, ale nie wariuj i nie dąż do tego w skali 1:1. Spójność w stylu nie polega na tym, że odrzucasz jakieś cechy osobowości, ale na tym, że dobrze je poznajesz i je, zależnie od potrzeb, ujarzmiasz lub przeciwnie – dajesz im rozkwitać.
Ja mam pewną satysfakcję z tego, że moja książka jest pomocna. Dziękuję za każdy sygnał, który dodaje mi wiary, że piszę z sensem i mam wpływ na styl czytających. Mimo że tradycyjnie latem mam kumulację dziwnych rzeczy i nie wiadomo w co ręce włożyć, postanowiłam nie odpuszczać pisania i w nim będę upatrywać swojej stabilności. Więc oczywiście dalej kontynuuję publikowanie w poniedziałki, środy i piątki :)
Równocześnie zachęcam do pracowania z moją książką. Ten e-book to nie jest żadne pójście na łatwiznę i wymienianie rzeczy jakie są potrzebne w szafie. To jest praca nad stylem, wykorzystywanie potencjału naszych szaf i poznawanie siebie i swoich stylowych osobowości.
Proszę Was byście w komentarzach wymieniły parę Waszych stylowych osobowości, które się na pierwszy rzut oka wzajemnie wykluczają.
Niewymuszona elegancja a contrario ultra sportowy styl
O, to jest tak naturalne dla większości z nas! Dla mnie też.
Bardzo ciekawy temat, zmusił mnie do zastanowienia sie.
Moje dwa style, w których czuję się równie dobrze to
1. Ubrania proste w kroju i kolorze, bez wzorów, inspirowane męską szafą
2. Długie sukienki, wzory i kolory, zwiewne materiały.
Jednocześnie z czasem wygładziły się inne przeciwieństwa. Np od ok 3 lat noszę ten sam minimalny makijaż w domu i poza domem (kiedys w domu nic, a na zewnatrz pelen zestaw typu podklad, cienie, tusz itp)
Ubranie domowe jest w takim standardzie ze zawsze mogę w nim wyjsc bez przebierania się (kiedyś stare dresy). Ubranie do biura jest na tyle wygodne/swobodne ze nie muszę się przebierać zaraz po przyjściu.
Muszę przyznać że te zmiany dokonały się pod wpływem wielu lat lektury tego bloga..
Preppy – old money (do ktorego doroslam swiadomie i z miloscia) vs. grange’owo-punkowe korzenie, ktore czasami puszczaja nowe pedy przy specjalnych okazjach
Mario Kochana! Spijam Twoje słowa po kropelce wraz ze znakami interpunkcji. Nie omijam niczego :)
Chciałabym powiedzieć, że jesteś dla mnie ogromną inspiracją i po każdym Twoim wpisie czuję wiatr w skrzydłach i odzyskuję energię do zabawy modą. Robisz kawał dobrej roboty swoją twórczością i bardzo cieszę się, że Cię „znalazłam”.
Ściskam przyjacielsko,
Ania
Przybijam piątkę, mam tak samo. To jest moja strefa komfortu, te treści na blogu. Uwielbiam wpisy i tą estetykę i piękny język. I jeszcze fajniej jest czytać komentarze i widzieć, że jest więcej takich osób. To moja odskocznia! Przeczytałam ebooka a teraz także książkę, nie wiem czemu do tej pory jej nie kupiłam.
Nie wiem co powiedzieć :) Dzięki!
Dziękuję Ania, czuję się teraz jak pączek w maśle :)
Podpisuję się obiema rękami!
<3
Naprzemiennie styl punk i dandys. Kocham oba i jestem wierna bo to dwie wersje mojej osobowości ;)
I LOVE IT!
Zabiegana matka nosząca najprostsze, najzwyklejsze i „łatwe” ciuchy vs. niedoszła historyczka sztuki i malarka uwielbiająca szalone, artystyczne boho. Snobka ceniąca super jakość i szlachetne materiały vs. oszczędna gospodyni kupująca tanie, sieciówkowe albo wręcz dyskontowe fatałaszki.
Super, super, super!
Uff, też jest mnie kilka;) Na przykład uwielbiam styl boho, a więc długie kiecki (ostatnio tzw. sukienki namioty wręcz maniakalnie), obwieszam się wtedy biżuterią jak sroka (generalnie powinnam była się urodzić we Włoszech czy Grecji, bo tam takie Bizancjum to normalna sprawa;). A druga ja to styl preppy, czyli totalnie inna bajka. Ale, ale…te dwie bajki świetnie połączył moim zdaniem Ralph Lauren i to właśnie dzięki niemu już dawno temu przestałam się zadręczać tym, że jestem jakaś niespójna stylowo. A kto powiedział, że trzeba być spójnym? Tak więc dzięki Maria, że poruszyłaś ten wątek. W punkt!
Ralph Lauren – tak, a mnie zawsze kojarzysz się również z estetyką Caroliny Herrery :)
Dzięki:) No tak, to moja ikona mody. Ależ miły komplement. <3
1. Zachowawcze capsul wardrobe w lekko męskim wydaniu
2. Dekonstrukcja, za luźno, za duże, surowo
3. Punk’s not dead!!!
Super :)
Ileż pięknych masz obliczy, Mario!
Dzięki, nie narzekam, każde z nich lubię :)
Uff a już zastanawiałam się jak połączyć fascynację stylem retro, dopracowanym pod względem krojów i konsztownych upięć włosów z moją drugą miłością – styl z lekka 'Francuski’ niewymuszony luźniejszy, raczej spodnie zamiast sukienek i spódnic, włosy nie tak dopracowane… Poza tym ciągnie mnie do stylu, który nazywam 'naturalnym’ – lekko luźne ubrania, lniane bawełniane, jasne kolory, monochromatyczne zestawy, wygodne i nie rzucające się w oczy. Może nie muszę wybierać. Pozwolę sobie na eksplorowanie każdego stylu, może znajdę swój najukochańszy. Po tych dwóch Mariach w książce, myślałam że muszę bardziej się skłonić ku jakiemuś wyborowi i jaka chcę być. A może niekoniecznie muszę
Elegancja w wydaniu Claire Underwood
Abnegacja Kurta Cobaina
Nonszalancja i paryskość Ines de la Fressange
Zmysłowość w stylu Audrey Horne
Vintage w wydaniu Shirinatry.
To chyba najważniejsze inspiracje i jednocześnie osobowości. Trochę nimi żongluję, często łączę ze sobą.
I mimo, że ta lista wygląda jak kompletny miszmasz i skrajności, to w każdym wydaniu jestem ja, różne strony mojej osobowości.
No i są w tym jednak pewne stałe elementy, np. mało biżuterii, ciekawe buty, wygodne fasony, niezbyt obcisłe ale i nieprzesadny oversize. I bardzo spójna kolorystyka.
PS. Gdzie ja bym się kiedyś zastanawiała nad takimi rzeczami. Twoja książka i twój blog bardzo otwierają oczy. Lubiłam też sondy na IG. Bardzo ćwiczyły oko i umiejętność wyboru. Może wrócisz do nich czasem?
1. Home office smart casual – w tych strojach jestem w jakiś sposób naga, są bardzo wygodne, przemyślane pod kątem sytuacji mam spotkanie z klientem, zamieniam kapcie na buty, zakładam marynarkę i idę.
2. Diva :D, ewidentnie mam ciągoty, żeby przycisnąć wizerunek jakimś bardzo mocnym elementem albo strojem, ale wtedy też inaczej się zachowuję i bronię tej ekstrawagancji jak lew. Gdy nie idę na całość, staram się dodać chociaż jakiś kolorowy akcent :).
3. Kobieta/mężczyzna – staram się brać więcej fasonów z mody kobiecej i męskiej niż dziewczęcej i chłopięcej. Męskie swetry i spodnie materiałowe jak z Twojego poprzedniego postu, spódnice rozpoczynające się w talii, niespecjalnie rozkloszowane, loafersy, botki, szminka, upięcia. Wzory bez kwiatków, prędzej zwierzęce.
4. Studentka – mimo wcześniejszego punktu, często ludzie oceniają mnie poniżej mojego wieku. Nie lubię się ubierać konserwatywnie, ale też czasami chyba w tym przeginam w drugą stronę. Trampki, jeans, prawie nie noszę dopasowanych spodni, studenckie włosy pt. a niech sobie rosną. Myślę, że ten aspekt jest czasem wynikiem oszczędności i wybierania czegoś co może nie jest idealne ale w miarę pasuje do reszty i jest tanie :). Ten konflikt pomiędzy punktem 3 i 4 traktuję jako najsłabsze ogniwo mojego stylu :). Chyba się przez to trochę rozmywa. Albo muszę mu wymyślić inną ramę :).
Bardzo fajny temat, Mario :).
Bardzo podoba mi się takie podejście! :) Pewnego rodzaju ulga w obszarze eksploracji odziezowo-stylowej.
1. Kolorowa, w znaczeniu ubrana na kolorowo, w tęczowych powiekach, turkusowym lub różowym tuszu do rzęs, kolorowych ustach, wielobarwnej, dużej biżuterii, im bardziej, tym lepiej. Lubi symbole typu pacyfka.
2. Mroczna, na czarno, niechętnie przełamująca ten czarny monolit, stroniąca od kolorów, z ciemnym makijażem, nie mająca ochoty się rozjaśniać, z torebką w stylu gotyckim, w czarnych butach.
3. W ramonesce, jeansach, w naćwiekowanych butach, w odcieniach szarości, nie ma potrzeby ożywiania się mocnym kolorem.
4. Bardzo elegancko, z nutką retro, dopracowane fryzury, makijaż, biżuteria.
5. Po domu – wiele dni chodzę w tych samych rzeczach, niechętnie sięgam po grzebień w ciągu dnia, zwykle wtedy, jak już mam ochotę wyjść z domu, nie maluję się.
na wielu osiach jestem spójna, ale ślizgam się między skrajnościami bardzo kobieca vs chłopacka. Teraz mam fazę kobiecą. Inna oś po której oscyluję to spokojne kolory, monochromia i bardzo dużo żywych kolorów.
Powoli, stopniowo pojawia mi się też nowa oś. Alyssa Edwards ma taki cytat „I don’t get cute, I get drop-dead gorgeous”. Ja mam taką dosyć dziewczęcą urodę, pełne policzki, do tej pory jeśli chciałam być ładna to szłam w coś uroczego, jedyna opcja było cute, nigdy drop-dead gorgeous. Teraz po 30. kości policzkowe zaczęły się pokazywać więc zaczynam mieć możliwość bycia ładną bez tego elementu dziewczęcości i jestem bardzo ciekawa dokąd mnie to zaprowadzi.
Ja w pracy: elegancja, wełna, dobrze szyte ubrania. Ja w podróży: sportowe ubrania, mną się len, trochę znoszone, ale sprawdzone ubrania
Z jednej strony miłość do czerni, z drugiej strony miłość do pudrowego różu, błękitu i pastelowego fioletu. Cenię naturalność z różnych względów (m.in. ekonomicznych), ale bardzo podobam się sobie w przedłużanych rzęsach. Lubię się przykładać wagę do ubioru, ale w domu najlepiej czuję się w luźnych, niezobowiązujących ubraniach, które może nie do końca mi się podobają, ale są użyteczne i nie mam sumienia wyrzucić ich tylko po to, żeby kupić nowe bardziej „stylowe” domowe stroje. Inspirują mnie stroje księżnej Kate, ale nie lubię kołnierzy, płaszczowych sukienek i sztywnych materiałów. I to jeszcze nie wszystko, ale tyle przychodzi mi do głowy ;)
Nie lubie skrajnosci i kontrastow,lubie rownowage.Moge kupic wiele rzeczy,ale wszystkie znajda sie w stylistyce gamine,pozatym etheral rozswietlajacy.Od najmlodszych lat celowalam w stylistyke gamine i ten etheral,nie wiedzac oczywiscie ze cos takiego istnieje,ja to kupowalam intuicyjnie,wiec mysle,ze te wszystkie podzialy na etheral,typy urody maja sens.Nie dla mnie kontrasty…
Też mam wiele twarzy, czasem mam ochotę na ultrakobiece spódnice z koła i szpilki, innym razem ciągnie mnie w totalnie minimalistyczną stronę. Jednak nie byłabym sobą, gdybym nie próbowała w tym wszystkim znaleźć wspólnego mianownika. Wyróżnika, który robi styl niezależnie od ubrań. Ostatnio spisuję sobie pomysły na stylizacje, czasem w zupełnie różnych klimatach i szukam tych punktów stycznych. I chyba jestem blisko, w końcu dojdę do tej esencji ;)
La donna è mobile i nic dodać, nic ująć. Raz jestem elegancka, a raz otulam się swetrami lub chowam w białym podkoszulku i jasnych dżinsach. Raz sukienka, raz spodnie (te najczęściej, choć od lat staram się być bardziej sukienkowa, ale kiepsko mi to wychodzi, bo straszny zmarźlak ze mnie), wszystko zależy od nastroju, od tego, czy chcę być, czy się schować. Jednego dnia w białym podkoszulku i dżinsach czuję się jak milion dolarów, a innego w eleganckiej wersji czuję się szarą myszką.
U mnie to zdecydowanie będzie kolorowy ptak w bufiastych rękawach sukienek i bluzek, w szalonych spódnicach, powłóczystych sukienkach bądź w ekstrawaganckich kombinezonach na wysokich platformach i szpilkach (zarówno w pracy, jak i na mieście) w kontraście do biegającej w ukochanych adidasach, koszulach z podwiniętymi rękawami i wygodnych spodniach (zarówno w pracy, jak i na mieście) – dość pytań, czy się dobrze czuję, kiedy ubiorę się „nudno” i „zwyczajnie”!
Szczerze mówiąc, nie bardzo rozumiem, czym różni się to podejście od błędu nr 1 opisywanego kilka postów wcześniej: za dużo inspiracji, rozmyty styl, który ma się przecież wyostrzać. Rozumiem, że można mieć wiele stylowych twarzy i spoko, ale mam wrażenie, że to samo jest teraz chwalone, a kilka dni temu to był błąd, nad którym warto pracować.
Bardzo mądre słowa! Ja określiłabym siebie tak: minimalistka w beżu, kolorowy ptak, dziewczyna na luzie i elegantka „po domu”. A to tylko pierwsze skojarzenia. ;)
Magdo, bardzo dobry komentarz! Dzięki Tobie zaczęłam myśleć o tej sprzeczności. Czuję, że jest ona jednak tylko pozorna. W kontrastach chodzi o to, żeby dostrzec, że możny mieć różne odsłony siebie, nie zatracając swojej tożsamości. Każda z tych wersji jest elementem całości i wynika z tego, że człowiek jest skomplikowaną istotą :) a w błędach zakupowych chodzi o to, że podoba nam się za wiele rzeczy i tak naprawdę nie wiemy, która rzecz to „my” a nie przebranie. I w moim rozumieniu przekazu Marii, chodzi o to, żeby zastanowić się, które inspiracje po prostu nam się podobają a które są odkryciem jakiejś cząstki siebie. I żeby za tym odkryciem podążyć. Nawet jeżeli okaże się, że tych odkryć jest więcej niż jedno, a każde zmierza w innym kierunku:)
Dzięki, Justyno! Teraz widzę w tym sens :-)
Dzięki Magda i Justyna za inspirujące komentarze, mogę dopiero teraz odpisać. Istotnie kontrasty wynikają z nas, z tego, że nie jesteśmy „płaskie” i nie jesteśmy źle napisanymi postaciami z powieści. Kontrasty są ubogaceniem. Rozmycie stylu wynika z tego, że inspirujemy się na szybko, bo nie chce nam się poznać nas samych, jest to za trudne, wymaga pracy i łatwiej sięgać po gotowce, które na dłuższą metę gwarantują przygnębienie.
U mnie te dwie strony, to zdecydowanie „męski” styl dark academia (który preferuję na jesień i zimę) w kontraście do bardzo kobiecego stylu retro/vintage.
Justyna – też tak na to patrzę. Dopóki nie czujemy, że jesteśmy przebrane za kogoś kim nie jesteśmy, nasz styl jest spójny.
Magdo, Dziewczyny, lubię zaglądać na bloga Marii, również dla waszych komentarzy:) wasze pomysły, inspiracje, uwagi… są świetne:)
Ja akurat tutaj nie tylko widzę sprzeczności – dark academia też czerpie z męskiego stylu przedwojennego i z lat 40. Różnica między nimi jest taka, że jeden jest bardziej w stronę yang, a drugi w stronę yin, ale spokojnie da się to wszystko pogodzić.
Mnie też jest więcej niż jedna. Chyba zresztą musi tak być, bo pewnych ulubionych stylów nie da się zaaplikować na każdą okazję. Na co dzień chodzę w spodniach, dzianinach, luźnych kardiganach, sportowych butach, które lubię podkręcać romantycznymi dodatkami (kwieciste apaszki, długie błyszczące kolczyki). Czuję się w tym najbardziej sobą, ale na konferencję, uroczystą kolację, ważny egzamin przecież tak się nie wybiorę. ;) I z tą elegancką wersją siebie mam problem. Moja wymarzona, nieocenzurowana to wyraziste kolory, mocny makijaż, duża biżuteria, ale taki zestaw bardzo przyciąga spojrzenia, a ja raczej wolę trzymać się w cieniu. Wybieram więc klasyczne, nudne kolory i fasony i czuję się w nich bezpieczna i schowana. Tylko że wtedy to już nie jestem ja. :(
Jak to dobrze, że wreszcie ktoś to powiedział głośno: nie jesteśmy jednoznaczne i nie musimy się określać na sztywno. Ufff.