Drogie Czytelniczki, bardzo Was proszę byście zwróciły uwagę na zakładkę ANALIZY po prawej stronie w górnym menu. Tam jest mail na który możecie pisać w sprawie analiz. Bardzo proszę byście nie pisały na fejsa czy na maila ze współpracą, bo się trochę robi bałagan 🙂

Dawno już nie pisałam o metodach budowania garderoby. Dzisiaj chciałam Wam przybliżyć koncept, o którym pewnie wiele z Was słyszało. Jeżeli wpiszecie w google czy w wyszukiwarkę pinteresta: 5 piece french wardrobe, wyskoczy Wam mnóstwo kolaży i list, które wyglądają bardzo podobnie i właściwie bez żadnych opisów jesteście w stanie domyślić się o co w tej metodzie chodzi.

Metoda opiera się na dużej generalizacji, mówiącej, że francuskie kobiety kupują tylko pięć rzeczy do ubrania w sezonie. Aby zbudować garderobę nie można przy zakupach przekroczyć tej ilości rzeczy. Rok składa się z dwóch sezonów – wiosna/lato i jesień/zima, więc należy kupić nie więcej niż dziesięć elementów garderoby w roku. W te zakupy nie wliczają się bazowe ubrania, bielizna, względnie tanie akcesoria. Buty i torby się liczą. Drogie akcesoria typu złoty pierścionek również się liczą.

Co to są bazowe ubrania? To w zależności od stylu danej osoby, takie rzeczy, które są podstawą codziennego stroju i które są pozbawione wszelkich udziwnień. To są najprostsze ubrania o najlepszych dla nas fasonach, które możemy dowolnie ze sobą łączyć. Bazą mogą więc być jeansy i gładkie koszulki, trampki i na przykład spodnie z materiału. Jeżeli któraś z tych rzeczy zniszczy się lub nie będzie się z jakichś względów nadawała do ubrania to możemy ją kupić i ona nie wliczy się do listy tych pięciu rzeczy w sezonie.

Co wlicza się w tych pięć rzeczy kupowanych w sezonie? To są takie ubrania i dodatki, które mają uzupełniać nam bazę i świadczyć o charakterze naszego stylu. Na przykład dla osoby, która ma rockowy styl bazą będą być może martensy i ich, w razie zdarcia, nie zaliczymy do piątki. Ale już czarne szpilki nabijane ćwiekami są bardzo charakterne, ale jednak stanowią dla takiej osoby uzupełnienie i akcent stylu. Nie są stanowczo niezbędne, ale świetnie zgrają się z szafą i dołożą jeszcze nazwałabym to „czynnik wow”.

Rdzeń tej metody jak widzicie sprowadza się do ilości kupowanych ubrań. Jednak warto zaznaczyć, że początek tej drogi zakłada, iż mamy już stworzoną jakąś bazę, a to co kupujemy ma być jedynie jej dopełnieniem. Tak więc już tutaj napotykamy pierwszą trudność. Osoby, które mają ustalone już jakieś schematy ubierania wybierają pięć rzeczy nie po to by ułatwić sobie codzienne zestawianie stroju (bo to już mają opanowane, mają również już określony konkretny styl), ale po to by ograniczyć zakupy i w jakimś stopniu zdyscyplinować się i nie zawalać szafy niepotrzebnymi, impulsywnie nabywanymi ubraniami. Dlatego sądzę, że dla naszych potrzeb, trzeba by było zmodyfikować trochę tę metodę, tak aby rzeczywiście pomagała nam od podstaw zbudować garderobę.

Spójrzcie na kolaż. Składa się on z osiemnastu elementów. Styl to luźny french chic, dotyczy osoby, która jak widać nie ma w pracy dress code’u, a która lubi się czuć w ubraniu wygodnie i niekoniecznie podkreślać kobiece kształty. To mogłaby być baza i od zgromadzenia takiej ilości rzeczy mogłybyśmy zacząć stosować metodę piątki. Ale czy rzeczywiście wszystko jest tutaj niezbędne? Czy faktycznie trzeba kupić tych osiemnaście rzeczy na raz i każdą z nich trzeba uznać za bazę? Spróbujmy ustalić co jest niezbędne, a co jest mniej niezbędne 🙂

11/2015

Na pewno do bazy wchodzą okrycia wierzchnie. Zimą trzeba w czymś wyjść na dwór, jest to niezbędne, a wiosną lub wczesną jesienią nie da rady chodzić w zimowym płaszczu. Potrzebna jest też torebka, to chyba oczywiste, ale przecież nie jest koniecznością posiadanie dużej i małej torebki jednocześnie. Bardziej uniwersalna jest duża torba, więc małą można zaliczyć do modowej piątki, a dużą do bazy. Potrzebne w pierwszej kolejności buty można podzielić na zimowe i niezimowe. Botki wchodzą do bazy, a jako niezimowe wybrałabym tenisówki, bo przecież sandały nosimy tylko latem. Sandały są potrzebne, ale można wpisać je do piątki i kupić później. Czółenka byłyby niezbędne, gdyby w pracy obowiązywał elegancki strój, ale jeżeli będzie potrzeba ubrać się bardziej oficjalnie to trzeba mieć w rezerwie miejsce w piątce na eleganckie buty. Teraz kwestia ubrania na dolne partie ciała. Spódnica i spodnie z materiału nie są aż tak uniwersalne jak jeansy więc wypadają z bazy. Musimy jeszcze wybrać bluzkę i sweter. Kardigan daje nam więcej możliwości niż sweter wkładany przez głowę, bo może nam jeszcze posłużyć w dni, w które jest za gorąco na płaszcz, ale za zimno na samodzielnie noszoną bluzkę, wchodzi więc do bazy. Koszulka na krótki rękaw, biała koszula i top na ramiączkach też wciągam do bazy, bo są uniwersalne i nadają się na każdą pogodę (samodzielnie lub ze swetrem). Zegarek oczywiście wypada z bazy, a jeżeli bardzo go potrzebujemy, niech będzie pierwszym zakupem z piątki.

W ten sposób w skład bazy wchodzą:
– płaszcz zimowy,
– trencz,
– duża torba,
– botki,
– tenisówki,
– jeansy,
– kardigan,
– top na ramiączkach,
– koszulka z krótkim rękawem,
– koszula.
W ramach zakupów sezonowych wyodrębniłam takie elementy:
– mała torebka,
– sandały,
– czółenka,
– spódnica,
– spodnie materiałowe,
– sweter wkładany przez głowę,
– koszulka z długim rękawem,
– zegarek.

Mamy więc dziesięć elementów bazowych i osiem elementów „modowych”. Jak więc zacząć? Jakby nie patrzeć dziesięć idealnie dzieli się przez pięć. W zależności od zasobności portfela możemy więc w ciągu dwóch sezonów (roku) zbudować bazę i dopiero od kolejnego roku zacząć kupować modowe rzeczy albo zakupić bazę od razu całościowo i przystąpić do zakupów modowych już w następnym sezonie. W praktyce jednak każdy z nas ma już częściowo jakąś bazę. Przecież każdy chodzi w jakimś ubraniu na co dzień, każdy ma jeansy lub przynajmniej jeden t-shirt. Rzecz jednak w tym, żeby jakość bazy była jak najwyższa…

Nacisk jest kładziony w metodzie piątki właśnie na jakość rzeczy (istotą jest rzecz jasna ilość). Zakupy mają być przemyślane. Musimy przewidywać, co będzie nam potrzebne, dlatego może nie warto już na początku sezonu wyprztykać się z pięciu opcji. Jedni robią listy i planują zakupy jeszcze przed wejściem nowych kolekcji, inni czekają na wyprzedaże.

Powiem szczerze, że u mnie ta metoda, by się nie sprawdziła. W zeszłym roku kupiłam mniej niż dziesięć rzeczy, a w tym z racji poważnych zmian w mojej szafie, będę musiała kupić ich pewnie więcej. Takie ograniczenie z jednej strony, ale z drugiej przecież też furtka w postaci kupna dziesięciu rzeczy może niepotrzebnie prowadzić do nadmiaru lub wręcz przeciwnie do niedoboru niezbędników. Dlatego poleciłabym 5 piece french wardrobe osobom, które mają mają już w głowie koncepcję swojego stylu i jednocześnie chciałyby zdyscyplinować się w kwestii zakupów. Ja na razie potrzebuję czegoś przeciwnego, muszę się bardziej przełamać i zwracać uwagę na idealne rzeczy nie patrząc przy tym na ich ilość. Zdecydowanie sprawdza się u mnie metoda, którą opisałam tutaj.

Co sądzicie o tej metodzie? Jakie elementy byłyby Waszą bazą? Gdybyście miały kupić w nadchodzącym sezonie (wiosna/lato) „tylko” lub „aż” 5 rzeczy, co by to było (niech będzie, że budżet Was nie ogranicza)?