Minimalizm

Szacunek do rzeczy

Naszła mnie pewna refleksja. Bardzo Was proszę byście napisały w komentarzach czy macie podobnie.

Otóż do niedawna żyłam w przekonaniu, że jak coś jest tanie i niekoniecznie najwyższej jakości, mogę to zajeżdżać do bólu. Rzecz się tyczy ubrań, butów, torebek etc. Zdarzało mi się na przykład kupować na wyprzedażach koszulki. Kilka pierwszych tygodni było zachwytem i zachłyśnięciem się daną rzeczą. Nosiłam ją co drugi dzień, czasami kilka dni pod rząd, zestawiałam z innymi ubraniami w różnych konfiguracjach. Ale potem przychodziło znudzenie daną rzeczą i zaczęłam ubierać ją po domu, czasem do spania jako górę od piżamy, niedbale ją zawijałam, kiedy myłam włosy i tak dalej. Powodem tego zachowania była cena koszulki – jeżeli nabyłam ją za około 20 zł uznawałam, że cena jest pozwoleniem na bezmyślną i czasami niekonieczną eksploatację jakiej nie dopuściłabym się nigdy na koszulce za 120 zł, a tym bardziej za ponad 200 zł.

Co za głupota, prawda? Pamiętam jeszcze, troszkę jak za mgłą, ale jednak, że moją babcię i mamę nie zawsze było stać na buty ze skóry, nie zawsze zresztą takie buty były dostępne. Kupowało się buty ze sztucznej skóry, ale dbało się o nie tak, jak o te lepszej jakości – pastowało, natłuszczało itd. Buty wyglądały ładnie i nie wymieniało się ich co sezon. Na moje pierwsze martensy (wiśniowe lakierki) pracowałam przy zbiorach owoców całe wakacje. Te buty traktowałam jak świętość. Nie w takim złym sensie, tylko z szacunkiem i dbałością. One były moim zwycięstwem, zwieńczeniem ciężkiego starania, tryumfem.

Albo torebki. W podstawówce zawsze miałam plecak ze skaju, ale jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby po nim mazać, coś przypinać agrafkami czy suwać go po podłodze albo na nim siadać w szkole. Plecak był jeden, wyboru nie było, więc musiałam o niego dbać. Dopiero w liceum trafiłam w second handzie na plecak z cielęcej skórki i to cudo towarzyszyło mi nawet na studiach. Niestety dokonało żywota, paski i denko nie zniosły kolejnych reanimacji, ale nie ma się co dziwić, skoro byłam w najlepszym razie jego drugim właścicielem.

Torebki do 150pln

Torebki do 150 złotych, które mi się podobają. Po kliknięciu na torebkę przeniesie Was na moje konto w polyvore, a stamtąd już można prosto do sklepu 🙂

Co spowodowało, że z takiej dbającej o rzeczy dziewczyny, która tych rzeczy miała mało stałam się bezmyślną, kupującą dużo psują? Oczywiście wszechobecny konsumpcjonizm. Gdzie nie spojrzysz tam reklamy, wyprzedaże, promocje. Towary są łatwo dostępne i wmawia nam się, że lepiej kupować nowe niż naprawiać stare. Stąd przekonanie, że nie trzeba dbać o rzeczy, bo zawsze można je wyrzucić i zastąpić nowym towarem. Chyba zgodzicie się ze stwierdzeniem, że jakość nie jest decydującym czynnikiem zakupu, przynajmniej w blogosferze. No bo spójrzcie na pierwszy lepszy blog o modzie. Większości dziewcząt zwanymi szafiarkami nie zależy na tym, by mieć jedną torebkę i stylizować ją na rożne sposoby. Powiedziałabym, że sensem ich istnienia jest umieszczanie w kolejnych postach coraz to nowych rzeczy i oczywiście niepowtarzanie ubrań. To nie jest krytykowanie, nie zrozumcie mnie źle. Każdy ma prawo ustalić swoje priorytety i wydawać swoje pieniądze. Twierdzę tylko, że dla mnie o wiele cenniejsze jest podejrzenie jak ktoś kombinuje z jedną torebką niż oglądanie piętnastu nowych torebek na przestrzeni miesiąca. Jest to wyłącznie moje zdanie.

Teraz to rozumiem, takie myśli przychodzą do mnie odkąd prowadzę bloga. Łatwo jest dbać o coś, co jest drogie, co ma metkę i jest uzupełnieniem naszej szafy, naszą dumą. Ale sztuką jest szanować te rzeczy, które są tańsze i nadawać sens swoim decyzjom zakupowym. Jeżeli ktoś potrzebuje torebki, a ma ograniczony budżet może przecież kupić torbę z eko skóry i dbać o nią tak, jakby była największym skarbem w garderobie. A jeżeli skórzana torebka ma na sobie ślady użytkowania to nosić je z dumą, postarać się i wypielęgnować daną rzecz. Fajnie by było gdyby powodem do dumy była konsekwencja w stylu i noszenie ograniczonej liczby rzeczy niż wydawanie pieniędzy na coraz to nowe przedmioty, które szybko się nudzą i chwalenie się nowościami.

Jakie jest Wasze zdanie? Czy o tanie należy dbać tak jak o drogie? Jak często rzeczy Wam się nudzą? Czy znudzenie rzeczami ma wpływ na Wasze zakupy?

EDIT: Serdecznie polecam Wam przeczytanie bardzo inspirującego komentarza użytkownika blackalcea (10 listopada 2014 o 21:06) pod spodem 🙂

KOMENTARZE

  1. madziuuul

    Uwielbiam Cię Mario!

  2. Avarati

    Rany, Mario, nawet nie wiesz, jak potrzebny jest Twój wpis!
    Jest w tym mnóstwo racji w tym, co piszesz, bo czasami się nam wydaje, że jeśli kupiło się coś za mniej, to nie trzeba się o to starać. Jednak teraz wyrobiłam sobie inne podejście – bardziej zważam na materiał, z którego rzecz została wykonana, niż na cenę. Jeśli np. buty są z prawdziwej skóry, traktuję je ostrożnie, staram się je czyścić, pastować, jeśli coś się im stało, staram się je naprawić u szewca itp. Raz kupiłam tańsze buty z ekoskóry w sieciówce i po dwóch sezonach były do niczego, ale na szczęście udało mi się je zareklamować i dostać gotówkę. Więc teraz wolę kupić jedne lepsze buty, które posłużą mi wiele lat niż pięć gorszych. Tak jest ze wszystkim. Albo, jeśli kupię sobie porządne perfumy, to nie używam go codziennie, tylko na specjalne okazje lub wgl nie pachnę.

    • Maria Autor wpisu

      Ja też mam podobne podejście do Twojego. Buty kupuję już tylko skórzane, ale liczę się z tym, że może być taka sytuacja w stylu „emergency”. Buty się rozwalą, ja nie mam kasy i muszę kupić eko skórę. To i tak kupię takie ładne, że będę o nie dbać. Nie pozwolę już sobie na wymówkę: gorszy materiał to nie dbam i mogę łazić po kałużach 🙂

  3. makate

    Mądrze prawisz!
    Podam dwa przykłady z mojego życia. Dwa lata temu kupiłam oficerki w CCC za 300 zł. Cena jak na takie buty niska, jakość tego sklepu też, jednak nie miałam wtedy większej kwoty. Prawdę mówiąc liczyłam na to, że buty zniszczą się w ciągu okresu gwarancji i będę mogła mieć nowe. Ale był to czas gdy postanowiłam porządniej zadbać o zimowe obuwie, starałam się czyścić je z soli tego dnia kiedy zrobiły się zacieki, często pastować, itd. I co się stało? Moje buty przetrwały w całkiem dobrym stanie aż do teraz – i nici z nowych 😉
    Druga sytuacja – jakiś czas temu kupiłam za marne parę złotych (!) materiałową torebkę w SH. Ma ona jednak duży minus – na środku znajduje się taka jakby „podziałka” tworząca dwie kieszenie, ale nie dochodzi do samego dna torebki. A ja bardzo lubię mieć dwie średnie kieszenie zamiast jednej wielkiej. I postanowiłam sama doszyć tam materiał tak, żeby mi pasowało. Niby głupota, bo torebka naprawdę kosztowała tyle co nic. Ale pomyślałam, że skoro jednak ją kupiłam, to nawet te parę złotych się liczy. Wydałaś je? To teraz nie wyrzucaj ot tak! Staram się uczyć samą siebie szacunku do rzeczy, bo też zauważyłam że o te tańsze trudniej jest mi zadbać.
    PS. Bardzo podoba mi się ta szara Torebka z twojego kolażu!

    • Maria Autor wpisu

      Świetna sprawa z torebką. Jeszcze nie dość, że zadbałaś, to coś od siebie dodałaś. Jesteś prawdziwą minimalistką 🙂 Inna to by dawno spisała na straty…

  4. BogusiaM

    Trafiłaś w samo sedno sprawy! Często to co kupowałam taniej mniej szanowałam niż kurtkę skórzaną, za którą musiałam zapłacić więcej. Taką kurtkę zawsze odwieszam na wieszak i prosto do szafy by się nie niszczyła i żeby kot przypadkiem się do niej nie dobrał. A co z tańszymi rzeczami? raz odwiesiłam na krzesło innym razem rzuciłam niedbale na kanapę. Teraz mi głupio jak o tym pomyślę. Biorę sobie do serca to co piszesz, i od dziś dbam nawet o te tańsze produkty – które kupiłam – bo przecież też mogą posłużyć mi dłużej;)

    • Maria Autor wpisu

      A no właśnie, moje bluzki z przecen tez się czasem po podłodze walały, a skórzana spódnica zawsze grzecznie trafiała na wieszaczek. Taki chyba nasz błąd poznawczy. A potem lament, że sieciówkowe rzeczy są do bani, że się szybciej mechacą, że materiał się robi cieńszy, że po paru praniach szmata 🙂 Pewnie i tak jakość jest słaba, ale dużo my do tego dokładamy.

  5. sila

    Ja nie mam wielu drogich rzeczy, więc o tanie bardzo dbam i często jestem zdziwiona opiniami o jakiejś sieciówce, że ich rzeczy szybko się niszczą, bo ja u siebie czegoś takiego nie zauważam. Jak dana rzecz jest już trochę podniszczona to przechodzi na ciuch domowy, a jeśli jest rozwleczona, potargana lub z niespieralną plamą to się z nią żegnam.
    Zastanawiam się, czy szybko mi się nudzą rzeczy? I dochodzę do wniosku, że chyba nie. Jeśli to jest trafiony zakup,a tak mam szczególnie z butami to nie nudzą mi się latami. Jeśli coś było pomyłką to dosyć szybko przechodzi na ciuch domowy, ale odkąd Ciebie czytam to nie mam pomyłek:).
    P.s. kiedy nam się pokażesz Mario? już się trochę stęskniłam za Tobą

    • Maria Autor wpisu

      Jak miło, może jutro jak pójdziemy razem na spacer to wezmę aparat 🙂 Ale możliwe też, że się rozdzielimy i pójdziemy na film naszego kochanego Nolanka 🙂 Się zobaczy.

  6. gramnaukulele

    Znak czasów… taniej wychodzi kupić nowe niż naprawić, kaletnicy nieźle windują ceny. Z zazdrością patrzę na to, jak Mr. Vintage dba o swoją kolekcję butów, ale są w tak dobrym stanie także dlatego, że ma ich więcej niż przeciętny Polak i każda para kosztowała na pewno niemało. Z butami to w ogóle trzeba trafić i mieć lekki chód, żeby nie wyglądały na znoszone. Ja z kolei cierpię na jeszcze inną przypadłość, bo niezależnie od tego, czy drogie, czy tanie, to jakikolwiek mankament, rysa na torbie, zaciągnięcie swetra itp. sprawia, że dana rzecz mi się już nie podoba i jakoś tak smutno się robi 🙂 Jakoś gorzej nosi mi się płaszcz, który miał zszywaną podszewkę, a przecież tego nawet nie widać 🙂 Dałaś mi do myślenia tym wpisem, bo raczej nie dbam o to, co jest słabej jakości. Może dlatego, że podświadomie chcę się tego pozbyć i zastąpić to czymś ładniejszym, lepszym jakościowo?

    • iwona

      mam prawie tak samo
      bardzo nie lubię tzw. mankamentów, nie mam wtedy przyjemności z noszenia danej rzeczy. Mimo że o rzeczy dbam, czasem takie zaciągnięcie czy rysa jest nieunikniona, a wtedy sympatia do rzeczy drastycznie spada. Z dbaniem o tanie rzeczy jest tak, że jak coś bardzo lubię to dbam, a jak nie lubię to dobijam, żeby się jak najszybciej rozstać. Najgorzej jest z ciuchami które były drogie a okazały się nietrafionym zakupem – te (z wyrzutów sumienia) staram się sprzedać. Buty mi się w ogóle nie niszczą, bo obsesyjnie o nie dbam (mam do tego miłość, odziedziczoną po ojcu)

    • Maria Autor wpisu

      Właśnie jest dokładnie jak to zdefiniowałaś gramnaukulele (super nick) – nie dbamy, bo chcemy zastąpić. Obwiniam o to marketing, bo nam się nieustannie wmawia, że zawsze do kupienia jest coś lepszego niż my mamy. A co do skaz na ubraniach to ja na szczęście tak nie mam, ale jestem w stanie zrozumieć takie odczucie 🙂

    • Cicha Woda

      U mnie jest trochę inaczej, choć też nie lubię zarysowań, zmechaceń czy zaciągnięć. Po prostu wydaje mi się, że „łuszcząca” się torba albo wypłowiała bluzka psuje cały efekt i zatraca jakąś taką schludność. Oczywiście to bardzo subiektywne i wywodzi się z przekonania, że co uchodzi nastolatce, to kobiecie pracującej w moim wieku już nie ujdzie. Nie wiem jak to lepiej wytłumaczyć.
      Takie podejście sprawia, że bez żalu przekazuję te rzeczy dalej, bo ktoś kto ma inaczej może się zwyczajnie ucieszyć z danej rzeczy. Nie niszczę, nie wyrzucam do śmieci tylko puszczam w świat.

  7. Wróbelek

    Dziękuję Mario za ten wpis! Mam jeszcze jedną refleksję – to, że ławo możemy kupić dzisiaj tanie rzeczy powoduje, że kupujemy je bardzo pochopnie. Później otwieramy szafę pełną ubraniowego misz-maszu i nie potrafimy zbudować z tego własnego stylu. Jestem teraz na etapie wyprzedawania takich przecenowych hitów, w celu uproszczenia mojej garderoby i dochodzę do wniosku, że mam tylko kilka rzeczy, w których chodzę bardzo chętnie. Inne zaś staram się „zajeździć” na siłę, bo przecież skoro je okazyjnie kupiłam to trzeba w nich chodzić (najlepiej tak, by jak najszybciej je zużyć i kupić następne). Szacunek do rzeczy to także szacunek dla naszych portfeli, to przemyślane zakupy ubrań, które będę miała z czym zestawiać na wiele sposobów (jak przywołana przez Ciebie torebka), a nie takich, do których będę musiała dokupić kilka nowych elementów. Po raz kolejny kłania się nam klasyka i prostota, którą odkrywam dzięki Tobie Mario!! :*
    A jeszcze co do tanich rzeczy – miałam kiedyś sweter, który kosztował w lumpeksie 2,41 zł 😀 nie było osoby, która by go na mnie nie pochwaliła. Miał bardzo ciekawą fakturę.. Niestety po jakimś czasie się rozciągnął 🙁 mogłam bardziej o niego dbać, ale skoro nic nie kosztował to po co? Był świetny, gdyby nie był taki tani pewnie nosiłabym go do dziś. Mam teraz trochę podobny, ale nie tak wyjątkowy i piorę go tylko ręcznie. Pewnie dlatego, że był nowy i dużo droższy…

    • Maria Autor wpisu

      Ha, teraz jak przywołałaś ten przykład ze swetrem to mi się od razu przypomniało, że jak sobie kupię jakiś czteropak czarnych gaci to wrzucam go do bębna nawet z grubymi bluzami, ale niech no tylko skuszę się na koronkowe majtki to od razu: miseczka, delikatny proszek i pieru, pieru, hahaha.

  8. Cicha Woda

    Hmm… ja mam tak, że o wszystkie rzeczy dbam jakoś z natury. Nie tylko o ciuchy, ale i o takie rzeczy codziennego użytku. Chyba jako dziecko PRL-u tak mam;)
    Co do ubrań to zazwyczaj jak znajdę już coś odpowiedniego (rozmiar, materiał,kolor) to często te najtańsze same odpadają w przedbiegach.
    Na przykładzie torebek nauczyłam się, że te ze skóry to bardzo dobra inwestycja. Miałam wcześniej torebki w przedziale 50- 110 zł i naprawdę o nie dbałam, ale materiał, z którego były wykonane często nie wytrzymywał i np. się „łuszczył” lub pękał. Wkurzyło mnie to i od ok 2 lat wymieniam torebki na skórzane. Podobnie mam z butami. Częściej wybieram te ze skóry, ale o każde dbam jednakowo. Lubię trzymać je w pudełkach, a pastowanie to oczywisość dla osoby, która w domu rodzinnym miała taki obowiązek. Razem z bratem przy sobotnim sprzątaniu mieliśmy dyżury i między innymi było pastowanie:)

    Muszę też przyznać, że od kiedy kupuję w ciucheksach to jestem coraz mniej przywiązana do rzeczy i łatwiej mi przekazać je dalej. Chyba wiąże się to z ceną. Nie chodzi nawet o to, że tańsze, ale chyba o to, że łatwiej dostępne niż w czasach mojej młodości (powiedział zgred przed 40-stką;)

    Na pytanie, czy rzeczy często mi się nudzą… nie bardzo. Od kiedy mam przemyślaną szafę, to po prostu nowe ubrania są jakoś tak spójne z resztą, że nie ma mowy o nudzie. Odkrycie swojego stylu bardzo ułatwia.

    • Maria Autor wpisu

      Co do torebek z ekoskóry to muszę powiedzieć, że kiedyś kupiłam taką w Deichmannie – pół płócienna, pół z eko skóry i służyła mi przez lata i się tym w ogóle nie przejmowałam, że to nie skóra. Teraz raczej bym eko skóry nie kupiła, tylko bym wolała pocierpieć na brak jakiegoś przedmiotu i dozbierać na lepszą jakość. Ale wierzę, że to nasz stosunek do rzeczy określa ich jakość.

      • Cicha Woda

        Torebki z Deichmanna nie miałam, ale miałam kilka par butów i z doświadczenia wiem, że jakościowo bardzo spadli. Kiedyś kupione u nich buty służyły mi przynajmniej 3 sezony. Około 3 lata temu zauważyłam, że się zwyczajnie rozklejają lub pęka podeszwa nawet po niewielkim zużyciu. Kiedy poszłam zareklamować i pan bez walki, tłumaczeń i konfiskaty do naprawy, kazał mi sobie wybrać jakieś inne buty to mnie tknęło, że to musi być jakas normalkach dla nich, taka reklamacja. To dla mnie oznaczało, że jak u nich znajdę idealny fason to i tak szybko się z nim pożegnam, bo bez względu na cenę pewnie są fatalnie klejone, a podeszwa zrobiona z gorszego materiału. Od tej pory staram się zastępować zużyte buty jakimiś skórzanymi, a ostatnio zwracam uwagę żeby to była polska firma.

        • Maria Autor wpisu

          Chyba taka taktyka względem butów jaką stosujesz jest najlepsza. Nie ma się co łudzić, jeżeli buty mają służyć długo to raczej tanie nie będą 🙁 Dobrze wiedzieć z tym sklepem, chociaż już bardzo dawno tam nie byłam.

          • Cicha Woda

            No ja właśnie też już omijam, ale złe doświadczenia otworzyły mnie na poszukiwanie czegoś lepszego i skierowały uwagę na rodzime firmy obuwnicze, które od wielu lat są na rynku. W ogóle zauważyłam, że coraz częściej poszukuję rzeczy od polskich rzemieślników i projektantów.
            Odkrywam zresztą, że jakiś taki patriotyzm mi się z wiekiem wytwarza w głowie. No bo kto ma dać zarobić naszym artystom i rzemieślnikom jak nie osoba pracująca i światła? 🙂

            • Maria Autor wpisu

              A ostatnio przeczytałam na jakimś forum, że jak chce się mieć dobrą torbę ze skóry to lepiej iść do kaletnika niż kupować jakieś dziwne marki, które robią sobie nie wiadomo jakie narzuty na cenie.

              • Cicha Woda

                Na pewno w tym dużo racji. Szczególnie miła opcja dla osób, które lubią mieć jedną,dwie tzw. porządne torby i chyba nie przepadają za wieloma dodatkami.
                Moje torebkowe zakupy też są bardzo przemyślane. Mam określone wymagania co do długości ucha, koloru i pojemności, tak więc niewiele mi zostaje do wyboru w przedziale cenowym, który jest dla mojej psychiki bez uszczerbku na zdrowiu 😉 Na szczęście moja lista torebkowa jest na kilka lat zamknięta.

  9. minimalnat

    Podobny stosunek mam do rzeczy, które kupiłam w SH. Dałam za nie kilka złotych wiec ich żywot w mojej szafie jest krótszy niż rzeczy droższych. Choć ostatnio podjęłam wyzwanie, żeby w danym w tym roku kupić tylko 12 rzeczy. Bywa różnie, ale dzięki temu każda nowość, jest na wagę złota nie ważne czy dałam za nią 10 zł czy 500. Zakupy też są bardziej świadome.

    Myślę, że najpierw trzeba przejść „głodówkę zakupową” po to by bardziej docenić swoje rzeczy, to co mamy. Bo do zakupu namawiają nas wszyscy! Pomyśl, nawet kiedy widzimy w telewizji jakieś cudowne metamorfozy, stylistki dają uczestniczce nowe rzeczy, nie uczą jej że to co ma w szafie jest fajnie. Nie! Mówią: „masz beznadziejne ciuchy, wyrzuć wszystko co masz i kupuj, kupuj, kupuj!”

    Pozdrawiam-Natalia

    • Maria Autor wpisu

      No ba, styliści zawsze pierwsi do palenia szaf 🙂 Bardzo rozsądne postanowienie, musisz się pewnie porządnie zastanowić przed zakupem i dzięki temu o wtopie nie ma mowy. Fajny blog 🙂

      • minimalnat

        Dziękuje za komplement! Dużo dla mnie znaczy, zwłaszcza z Twoich ust 🙂

    • Bet

      Hm, u mnie to ostatnio zauważyłam, ze cena nie ma nic wspólnego z dbaniem. Gdy ostatnio udało mi się kupić w SH piękną, klasyczną i prawie jak nową białą bluzkę to dbam o nią. To chyba dla tego że jest dla mnie piekna i wspaniale się w niej czuję 🙂 I znaczenie ma tu na pewno świadomy zakup, po odnalezieniu własnego stylu 🙂 A to juz nie mała zasługa Marii. Pozdrawiam i dziekuje, ze jestes 🙂

      • Maria Autor wpisu

        A mogłabyś troszkę napisać o swoim stylu? Jak byś go opisała?

  10. domowoblog

    W ciągu ostatnich 7 miesięcy moja szafa przeżyła 3 czystki totalne. Za każdym razem pozbywałam się z niej rzeczy, których nie lubiłam, kupiłam pod wpływem impulsu albo zwyczajnie nie nosiłam. W ten sposób pozbyłam się pewnie 70% moich ubrań. Ostatnio (po przeczytaniu Twojego testu) zrobiłam zdjęcia wszystkim ubraniom, które lubię i noszę (dowód tutaj: http://domowoblog.pl/?p=1752). To ćwiczenie uzmysłowiło mi jedną rzecz: moje ulubione ubrania są zwykle STARE. Kilkuletnie co najmniej. Ale wszystkie te rzeczy są świetnej jakości, ponieważ uszyte są z dobrych materiałów. Zwykle wiąże się to z wysoką ceną, pewnie. Ja kupuję głównie na wyprzedażach. Wiem, że to już wyświechtane sformułowanie, ale wełniany płaszcz, skórzane buty czy torebki to inwestycja na lata. I nie chodzi tu o markę – w sieciówkach można znaleźć świetnej jakości materiały, trzeba tylko nauczyć się czytać metki:-) Mam niewiele ubrań, dzięki temu nie ma w mojej szafie przypadkowości. Dbam o wszystkie tak samo niezależnie od tego, gdzie je kupiłam i za ile. Ale też nie traktuje ich jakoś szczególnie po królewsku – ubrania mają przede wszystkim służyć.

    • deszczowa

      domowoblog, masz piękną szafę! Aż mi się głupio zrobiło że w mojej takie burdello… :p ukradnę jedno stwierdzenie z Twojego bloga, lubię ubrania ale nie znoszę ich kupować, i jeszcze uwielbiam stare rzeczy… to już w sumie dwa stwierdzenia, które zwinęłam od Ciebie ale one najbardziej do mnie pasują. Zawsze uwielbiałam lumpeksy a serce szybciej mi bije na widok porośniętego bluszczem starego dworku z zapadającym się dachem. Jak się teraz zastanowiłam to wszystkie rzeczy w mojej szafie są co najmniej sprzed dwóch lat. Przepraszam nie wszystkie, jest para dżinsów i sweter, kupione naprędce, pierwsze lepsze z brzegu… Nie lubię ich i to się też przedkłada na ich nieszanowanie. W moim przypadku widzę że nie ma znaczenia cena ale to czy daną rzecz lubię. Chociaż te które lubię też czasem były poniewierane, Maria trafiła mnie w czuły punkt, chyba pora się poprawić.:) A poza tym takie modowe poszczenie zaowocowało u mnie tym że teraz gdy idę do sklepu kompletnie nie potrafię się odnaleźć i praktycznie nic mi się nie podoba… Nie wiem czy to dobrze czy źle ale czuję się czasem jak modowy ignorant…

      • Domowoblog

        Deszczowa dziękuję! Zapewniam Cię, że jeszcze kilka miesięcy temu to był jeden wielki chaos

    • Maria Autor wpisu

      Masz świetną szafę, wszystko pięknie zgrane, bardzo ciekawa estetyka, takie nienachalne wzorki, spójne kolory. Eh, dużo czytanie przede mną 🙂

      • Domowoblog

        Deszczowa dziękuję! Zapewniam Cię, że jeszcze kilka miesięcy temu to był jeden wielki chaos

      • Domowoblog

        Mario nawet nie wiesz, jaka to radocha usłyszeć to od Ciebie

  11. Domi

    Niesamowite, że musiałam to przeczytać, żeby to do mnie dotarło. To co napisałaś jest w sumie o mnie. Mam całą szafę ubrań, nawet się nie domyka, a jednak są to rzeczy tanie (jeszcze się nie nauczyłam, że lepiej kupić jedną porządną rzecz, niż 3 tańsze, gorszej jakości) i nie specjalnie o nie dbam. Czas to zmienić 🙂

    • Maria Autor wpisu

      Ciekawe tylko jaki będzie skutek: zaczniesz dbać o te tanie czy będziesz kupowała najlepsze jakościowo od teraz? Czy może i to, i to? 🙂

  12. iwona

    jeszcze jedna refleksja – chyba jednak naturalne jest że o rzeczy tanie dba się mniej lub wcale. Tyle że dla każdego co innego znaczy „tanie”. Jeśli dla kogoś szczytem możliwości finansowych jest torebka za 150 zł, to to jest bardzo droga torebka, i osoba ta będzie o nią dbała tak, jak inna osoba o torebkę za 800 zł. Moim zdaniem kluczem do sukcesu (szkoła Marii hehe) jest mieć w szafie rzeczy które się kocha, wtedy cena ich zakupu nie ma wpływu na dbałość o nie.

    • Maria Autor wpisu

      Masz 100% racji dziewczyno 🙂

  13. Aleksandra22

    Hm… Wydaje mi sie ze ja o wszystkie rzeczy dbam w tym samym stopniu, z tym ze kiedys nie dbalam o nic, a teraz bardziej dbam o wszystko.
    Natomiast rzeczy zuzytych albo takich ktore przestaly mi sie podobac raczej sie pozbywam, nie lubie donaszac ich „po domu”. Kiedys dawno temu gdzies przeczytalam ze takie „donaszanie” swiadczy o braku szacunku do siebie oraz do pozostalych domownikow. Podobnie jak strojenie sie, malowanie i czesanie specjalnie „do zdjecia”. A moze Mario ja tu u Ciebie wyczytalam? 😉
    Musze jednak jeszcze przemyslec temat dbania o rzeczy i moze wroce z dodatkowymi refleksjami. Wpis w kazdym razie skloni mnie do jeszcze wiekszej dbalosci!

    • Maria Autor wpisu

      Nie, to nie było u mnie, zbyt skrajna opinia 🙂 Ale coś w tym jest. Nawet mi się podoba takie stwierdzenie, bo ono daje większego kopa, żeby się ogarnąć. Z rana trzeba się malować, so true 🙂

    • K.

      Wychowałam się w domu, gdzie ani mama ani babcia nie „donaszały” ubrań, nie przenierały się po pracy w dresy czy inne szmaty. Mama zawsze elegancko pomalowana, nawet jak cały dzień spędza w domu to w sukience. To jest dla mnie wzór do naśladowania – mam być (i przede wszystkim czuć się) atrakcyjna 24/dobę. Ładne ubrania, pidżamy, bielizna. Co z tego że inni nie widzą? To nie powód, żeby chodzić w szmacie.
      Największy problem mam z konserwacją butów. Niewawidzę pastowania butów. O konserwacji torebek nie wspomnę. Tego akurat mnie nie nauczono i brakuje mi taich zdrowych odruchów jak czyszczenie obuwia po prowrocie do domu.
      Rzeczy szanuję wszystkie, niezależnie od ceny, ale to zapewne dlatego, że sieciówki to dla mnie finansowy szczyt rozpusty.
      Pozdrawiam serdecznie!

  14. Klara

    Świetna myśl. Ostatnio dotarło do mnie coś podobnego. Odkąd zaczęłam szyć, zupełnie inaczej traktuję ubrania. Nie to, żebym teraz zaczęła je mieć za świętość, bo nadal uważam, że to przedmioty mają służyć mnie, a nie ja im. Ale tak, jak przywiązuję dużą dbałość do tego, żeby moje uszytki były starannie wykonane, tak dbam o to, by długo mi służyły. I to samo podejście przenosi się na ubrania kupione. Na ciuchy samodzielnie uszyte wydaję minimalną część tego, co na ciuchy ze sklepu – tkaniny kupuję z drugiej ręki, więc najczęściej kupon na sukienkę nie przekracza wartości 20 zł. Ale świadomość, ile czasu spędzam przy maszynie, sprawia, że mam też więcej szacunku do pracy tych ludzi, którzy gdzieś w bardzo odległych krajach pracują nad ubraniami w wielkich fabrykach tak, jak ja u siebie w domu. Jedną z moich ostatnich największych bolączek jest to, że zapominamy, my, ludzie Zachodu, że nasze ubrania nie są produkowane przez roboty i maszyny, tylko przez innych ludzi. I wykorzystujemy tę niepamięć bardzo nieładnie do naszych marketingowych sztuczek, by – w przypadku niektórych firm – mówić o ubraniach „szytych ręcznie”, tak, jakby te z Chin albo Taiwanu nie były szyte dokładnie w ten sam sposób. Ale to temat na zupełnie inną rozmowę.

    • Maria Autor wpisu

      Nasunęło mi się po tym co napisałaś, jakie to jest ważne, żeby już w wieku nastoletnim zarobić troszkę swoich pieniędzy. Nastolatek, który ma sobie kupić plecak za własnoręcznie zarobioną kasę będzie go bardziej szanował. Dokładnie tak miałam we wczesnej młodości i widzę, że niektórym też by się to przydało.

  15. Vivienne

    Mario, czytam Twój blog od jakiegoś czasu i bardzo lubię to, jakie masz podejście do ubrań, kupowania i dzisiejszego konsumpcjonizmu.
    Osobiście uważam, że nie cena świadczy o produkcie, ale to jak on wygląda, czy dobrze się w nim czuję i jakiej jest jakości. Rzadko kupuję w second-handach, ale też nie lubię przepłacać za ubrania. Ponadto,myślę, że w miarę równo traktuję rzeczy, jakie mam w szafie i dbam o wszystkie jednakowo, rozgraniczeniem może być tylko okazja, do jakiej dane rzeczy są przeznaczone, ewentualnie szczególne upodobania do pewnych perełek.
    Świetny blog, naprawdę dużo można się z niego dowiedzieć, pozdrawiam serdecznie 🙂

    • Maria Autor wpisu

      Fajnie by było z tą ceną, ale przecież jeszcze niedawno jakaś dziołcha biadoliła, że już nie kupi torebek z Wittchena, bo je w Lidlu dla biedoty rzucili 🙂

  16. Karola

    Mądry wpis 🙂 Dawniej miałam tak ze wszystkimi ciuchami – przez miesiąc staranie się, żeby nie ubrudzić, nie zniszczyć. A potem rzucanie po krzesłach i tak dalej. Powoli ucze się szacunku do rzeczy. Mam półkę na buty, ciuchy staram się wieszać na wieszakach w szafie. Podobnie staram się traktować rzeczy z ciucholandu za kilka złotych i te nowe za kilkaset.

    • Maria Autor wpisu

      Właśnie napisałam nad Tobą o Wittchenie, a potem przeczytałam co Ty żeś o tym na swoim blogu napisała :)))

      • Karola

        Historia z Wittchenem mnie wkurzyła 🙂 To jest właśnie taki brak szacunku do rzeczy. Moja babcia ma na przykład obrusy sprzed 30 lat, stan praktycznie idealny, bo wszystko szanowała. Może to były inne czasy, ale jednak odziedziczyłam po niej niechęć do bezmyślnego niszczenia. 🙂

  17. ruda

    Cześć Mario 🙂
    Nigdy nie przyszło mi do głowy, by rzeczy, które udało mi się nabyć za przysłowiowe grosze, traktować gorzej od tych ciut droższych ( bo na drogie mnie nie stać). Dbam o wszystko jednakowo, to samo tyczy się reszty ( wyposażenie mieszkania, itd ). Myślę, że wynika to po trosze z tego co wyniosłam z domu ( dbałość o odzież i resztę ,bo czasy były ciężkie ), widziałam z jakim szacunkiem Dziadkowie i rodzice traktowali swoje, często zdobyte z cięzkim trudem rzeczy/meble/i inne przybory. A po części moja sytuacja materialna ciągle jest chwiejna i pod kreską, więc jeśli już coś zdobędę, kupię, to zawsze cieszę się jak dziecko i traktuję to jakby było ze złota:). Pewnie, że niektóre ubrania, które mam już wiele lat nadają się tylko do noszenia po domu, ale spadają na niższą półkę dopiero wtedy, gdy się mocno zużyją, wypłowieją itd. Reasumując: uważam, że o wszystko trzeba dbać jednakowo, bo tanie nie (zawsze) znaczy gówniane. ( za przeproszeniem 😉 ).
    A plecak z cielęcej skórki to ja bym bardzo chciała mieć teraz 🙂 najlepiej czarny jak ten mój, z 1991 roku, ech… pamiętam dokładnie całą sytuację, każdy szczegół, gdy razem z ojcem pojechaliśmy do centrum miasta po to cudo. piękne czasy:D
    pzdr!

    • Maria Autor wpisu

      Hehehe, a skoro mowa o dbaniu i o konsumpcjonizmie to możesz zdradzić jaki masz rozmiar tych spodni z pullandbear? Też chciałam boyfriendy nie podziurawione.

      • ruda

        pewnie, że mogę :)). 36.

        • Maria Autor wpisu

          Kurna, to tylko zostaje mi pojechać i mierzyć. Bo 40 mogą być chyba za duże troszkę 🙁

          • ruda

            No najlepiej przymierzyć, bo z tą rozmiarówką to jest różnie. Na mnie pasują ubrania i 36 i 38, zależy od sklepu.
            Myślę, że 40 na pewno na Ciebie będą za duże, bo moje 36 są ciutkę luźne. a 34 nie leżały zbyt dobrze, więc hmm. Obstawiam bez wiedzy o tym ile masz w pasie i biodrach, że 38 na pewno będą na Ciebie dobre, czterdziestki w ogóle nie mierz.

            • Maria Autor wpisu

              W camaieu znalazłam na przecenie 40stki i są ekstra, kupiłam je, ale mi się schudło i niedługo już ponoszę. Nie spodziewałam się takiego obrotu spraw, ale się cieszę w sumie 🙂

  18. Joulenka

    Mario, wygrałaś dla mnie internety tym tekstem. Muszę Cię kiedyś odwiedzić, zajmę się dzieckiem, a Ty będziesz mówić. Bo coś czuję, że lubiłabym Cię słuchać. Tak samo jak lubię Cię czytać.
    Często łapię się na tym, że te „gorsze” rzeczy traktuję gorzej. Bo nie oszukujmy się, szafa idealna nigdy nie jest, gorsze elementy zawsze są. Oprócz ceny i materiału dołożyłabym jeszcze liczbę rzeczy jako czynnik sprzyjający złemu traktowaniu. Bo gdybyś miała 10 plecaków z cielęcej skóry, po co by Ci było o wszystkie dbać?

    • Maria Autor wpisu

      W zasadzie to może nakręcę jakiś filmik, i pogadam sobie zamiast pisać! A nieprawda z plecaczkami, bo ja bym właśnie dbała 🙂 Bo ja to bym zastosowała metodę na Emmanuelle Alt, że uniform i że te same rzeczy tylko z małymi różnicami w detalach i bym miała takie małe muzeum cielęco-skórkowych plecaków. Łyso?

  19. cambiocamino

    Masz baardzo dużo racji w tym co napisałaś. Ja ogólnie uważam, że jak coś zakupię, to staję się odpowiedzialna za tą rzecz. Czy to zwykła koszulka za 10 zł, czy apaszka za 3 zł z przeceny. Jako że zmierzam w kierunku klasyki i minimalizmu musiałam przeorganizować całą szafę.
    Staram się kupować ciuchy możliwie jak najlepszej jakości. Nie, żebym była snobką.
    Uważam jednak że jeden tweedowy żakiet Joulesa w neutralnym granatowym kolorze pasuje mi do wielu stylizacji.
    Z tym że nowy kosztuje 199 funtów. Kupuję więc używany – i szanuję go. Dobra jakość = długi czas użytkowania, a ja się przywiązuję do rzeczy w sensie, że lubię je nosić. Od dawna przestałam kupować tanie rzeczy – dlatego, że strasznie mnie irytowało, że miały marną jakość. Bluzka po jednym praniu się kołtuniła, zaciągała, wyciągała, tak samo spodnie, itp. I co z takim czymś zrobić?
    Nie robię kompulsywnych zakupów – raczej poluję na allegro na rzeczy dobrej jakości i przerabiam je. Mam np. dosłownie pięć sztuk spódnic o ołówkowym kroju, wszystkie z dobrej gatunkowo materii ( wełna cieniutka lub tweed) dobrze skrojone i dopasowane na moją figurę przez krawcową. Wszystko w stylu , który opisywałaś niedawno ( kolor skóry, jeansu i granatu/grafitu) do tego dodatki. Uciekam od konsumpcjonizmu bezmyslego i nakierowanego na kupowanie/przerabianie/wyrzucanie – stąd blogi szafiarek oglądam sporadycznie i raczej bliżej mi do mądrych blogów jak Twój;)
    A dbanie o rzeczy pamiętam jeszcze z głębokiego PRL. Do dziś mam suszarkę do włosów – skubana działa tyle lat….. wtedy się nie robiło jednorazówek, można było rzeczy naprawiać. Pozatym niewiele było…

    • Maria Autor wpisu

      Ja też mam starą suszarkę, która przeżyła nówkę bardzo znanej firmy. Teraz sobie dopiero uświadomiłam :))) Bardzo mi miło, że obok mojego bloga pojawiło się słowo mądry. Duży, dużyyy komplement ♥

      • cambiocamino

        Mądry, pełen wartościowych treści. Wiesz, że do niektórych wpisów wracam po kilka razy?
        Ten blog jest jak książka pełna tajemnic – zawsze odnajduję w nim coś nowego, inspirującego –
        😉

  20. elam

    Myślę, że wystarczająco szanuję moje ubrania). Staram się je zawsze uważnie prac (odpowiednia temperatura, program itp.), zmieniac po powrocie do domu. Nie nudzą mi się. Jednak dostrzegam inne zjawisko. Jeśli kupię coś drogiego, nadmiernie to oszczędzam. Zdarza się, że taka rzecz wisi w szafie i szkoda mi jej założyc na co dzień. I w końcu moda mija, a ja zostaję z mało używanym ciuszkiem 🙁
    Ale widzę też coś pozytywnego. Zauważyłam u siebie objawy zakupoholizmu i podjęłam walkę z nim. Jak na razie wygrywam!

    • Maria Autor wpisu

      Faktycznie, to w drugą stronę idziesz z tym nieużywaniem. No w końcu ubrania mają nam służyć, skrajności prawie nigdy nie są dobre. Od dzisiaj: zen, równowaga i cieszenie się ze swoich ubrań 🙂

      • elam

        Jestem chrześcijanką, więc takie rzeczy jak joga, zen itp. omijam szerokim łukiem, ale równowaga wewnętrzna zawsze mile widziana:)

        • Julianne

          Joga i zen chrześcijaństwu nie przeczą.

  21. Biurowa

    O droższe rzeczy dbamy bardziej. Tak już chyba jest. Odkąd kupuję dobrej jakości, droższe buty – mobilizuję się bardziej – myję, natłuszczam, pastuję, na zimę/lato chowam w pudełka, wypycham gazetami i inne cuda wianki robię, żeby zachowały formę.
    Ciuchy po prostu wrzucam do pralki na odpowiedni program i dobrej jakości odzież sama się obroni. Przykładem jest mundurek szkolny mojego syna – wysokiej jakości T-shirt w kolorze granatowym, który był prany już z 50 razy i nie stracił koloru, ani szwy się nie przesuwają (jeśli wiecie o co mi chodzi).
    Osobiście stawiam na jakość nad ilością, ale kupuję głównie w ciucholandach, ZAWSZE zwracam uwagę na jakość, skład materiału itp. Nie kupuję badziewia, no chyba że z premedytacją jako odzież na działkę.
    Ciuchy z sieciówek po kilkukrotnym wypraniu w pralce w większości przypadków zamieniają się w pokryte kulkami szmatki. Chociażby nie wiem, jak o nie dbać – taka ich właściwość.

    • Maria Autor wpisu

      A właśnie nie wszyscy tak mają z tymi zakupami w sh. Często panuje przekonanie, że jak wydajemy grosze, to nie musimy zwracać uwagi na skład materiałowy czy dopasowanie. To chyba jeden z największym błędów, który prowadzi do chaosu i zapchanej szafy.

      • szpiegula

        a tego się nauczyłam od Biurowej właśnie- że nie ważne, że ciuch z ciuchlandu- i tak musi być „porzundny”.
        przez nią zaczęłam zwracać uwagę na metkę ze składem i teraz czytam i czytam.
        a poza tym, sama doszłam do etapu, kiedy uważam, że nie ważne czy ciuch za 5 złotych, czy 50- to musi i tak być bombiastyczny i wokóle 😉

        • Maria Autor wpisu

          Tak, super podejście. Żadnych dróg na skróty. Sh to w końcu taki sam sklep jak inne, z tymże tańszy jedynie.

        • Biurowa

          Ha! Ja o metkach wyczytałam u Vislava. Poza tym to nie jest tak, że urywam od poliestrów – owszem unikam, ale jeśli jest to ciuch bardzo wysokiej jakości lub jest to marka z wyższej półki ORAZ jest miły w dotyku ORAZ ciuch nie jest zniszczony, znoszony itp. (warunek konieczny) – kupuję. Muszą być spełnione jednocześnie te trzy warunki.
          Znoszone ciuchy – owszem kupujemy z moim mężem na ciuchy robocze – ale to z premedytacją, pod warunkiem, że wygodne i w miarę łatwe do prania, co w zawodzie mojego męża ma znaczenie.

  22. Granda

    Nigdy się nad tym nie zastanawiałam, ale wychodzi na to, że dbam bez względu na cenę. Poniewieram nimi, gdy są już podniszczone, np. nieco sprane. Odkąd sama szyję ubrania, mam większy szacunek do każdej uszytej rzeczy. Zawsze sobie wyobrażam, jak powstawała. Plus wyobraźnia podsuwa mi myśl o wysypisku śmieci i to w zasadzie jest decydujące…

    • Maria Autor wpisu

      Właśnie, gdybym ja szyła swoje ubrania to chyba bym je traktowała jak eksponaty w muzeum 🙂 Czy traktujesz siebie jak artystę, który jest dumny ze swojego dzieła, czy bardziej jest to kwestia niemarnowania włożonego w wytworzenie wysiłku?

  23. Karolina

    jedno ‚ale’ – szafiarek nie porównałabym to blogerów/-ek piszących o modzie. Szafiarki piszą o swoich szafach, o modzie pisze np. Zaczyński lub Kujawa 🙂 nawet Pani, Pani Mario, nie jest blogerką modową, przynajmniej ja tutaj znajduję więcej treści związanych ze stylem, niż modą. Taki mój podział.
    A co do reszty – święta racja. U mnie to jest tak, że drogie kupuję tylko buty, reszta to lumpeksy, często mam tak, że noszę jakąś rzecz do zajechania potem wyrzucam w kąt, a po roku do niej wracam. Więc nie zawsze się pozbywam ‚na amen’ 😉

    • Maria Autor wpisu

      Kurna, ale mi uciekło czasu i postów, będę musiała Cię nadrobić Pani Karolino 🙂 A no tak, rzeczywiście nieszczęśliwie użyłam sformułowania „o modzie”. I w zasadzie wrzuciłam też wszystkie szafiary do jednego wora. A nie miałam nic złego na myśli też.

  24. Introversja

    Niestety, doskonale wiem, o czym mowisz. Kiedys mialam ogrom ubran, ktore nie miescily sie w szafie i poniewieraly po domu. Po urodzeniu dziecka,gdy zrozumialam ze nie odzyskam tak szybko figury sprzed ciazy, zaczelam kompletowac garderobe od zera. Poniewaz teraz nie moge sobie pozwolic na koszulke ktora spierze sie po trzech praniach, boam ich 3 a nie 10, wybieram drozsze i lepsze jakosciowo rzeczy. I łatwiej jest mi szanowac kazda rzecz,bo majac ich niewiele,kazda jest na wage zlota.

    • Maria Autor wpisu

      Ja też widzę, że po dziecku dużo się zmieniło i raczej będę się musiała pożegnać z pewnymi rzeczami nawet po odzyskaniu formy. Ciało będzie jednak inne. Jakoś się tego nie boję, bo nic już nie będę robić na wariata i dokładnie tak jak Ty zaufam jakości.

  25. Mama2

    Moim problem jest chyba to, że za bardzo dbam o rzeczy. Poświęcam im czas, którego nie mam za dużo. W związku z tym redukuje liczbę ubrań, ale nowe jakimś tajemniczym sposobem znajdują drogę do mojej szafy. Drogie rzeczy staram się kupować tylko wtedy, gdy mam pewność, że będę z nich intensywnie korzystać. Wartość rzeczy mierzę ich przydatnością w garderobie. Uważam, że płaszcz za 700zł noszony przez cały sezon to niewielki wydatek w porównaniu z bluzką za 10zł, której nie założyłam ani razu.

    • Maria Autor wpisu

      A Ajka napisała w książce swojej, żeby wartość rzeczy mierzyć czasem jaki był potrzebny na zapracowanie na daną rzecz i otworzyło mi to oczy. Zgadzam się, że cena nie jest tak istotna jak przydatność.

  26. Mania

    Bardzo interesujący wpis. Uwielbiam, w jaki sposób piszesz i skłaniasz do refleksji. Temat szacunku jest przewijany u mnie w domu od małego. Ja, niestety, będąc młodsza nie wiedziałam, co znaczy szacunek do rzeczy i w szczególności ubrań. Konsumpcjonizm wpłynął na mój proces dorastania. Na szczęście temat ekologii i zdrowego żywienia opartego na wegetarianizmie zmienił moje podejście do świata i gospodarki. Łatwiej jest mi zrozumieć, że taki jest rynek, jest popyt jest i podaż. Tak samo z chorobami i lekami, najpierw sprzedają gówniane jedzenie, a potem zarabiają na tym, że się szprycujemy lekami.
    Dziś też zastanowiłam się nad tym, jak jeszcze kilka lat temu rzeczy były o wiele lepszej jakości. Nie chodzi mi o cenę, bo właśnie niezależnie od tego ile dałeś za coś pieniędzy, rzecz była dobrze skonstruowana i trwała. Np. silniki starych samochodów. Wydaje mi się, że łatwiej było dbać o coś, co miało szansę na długie życie, czyli było zależne od tego, jak coś traktujemy.
    Obecnie od kilku lat sama kupuję swoje ubrania, przedmioty użytku codziennego itd. Najtrwalsze ubrania to te, które dostałam od mamy. Ale o wiele większą uwagę poświęcam rzeczom, na które musiałam sama zapracować. Boję się je nawet prać, bo czasem wyjmowałam ubrania z dziurami od bębna.
    Rzeczy mi się nudzą, ale tylko jeśli kupiłam je pod wpływem impulsywnej decyzji. Od kiedy jestem wierną czytelniczką Twojego bloga, kupuję rzeczy tylko takie, które tworzą bazę i mogę je połączyć na wiele sposobów. Nie znaczy to, że nie kupię świetnej jedwabnej bluzki w szalonym kolorze (kolorze z palety mojej oczywiście;p), ale będzie ona miała prawo bytu, gdy baza będzie gotowa, by się do niej „podpasować”.
    Zrobiłam też dużą czystkę w szafie i zostały mi same wartościowe ciuszki. Niezależnie od ceny, uwielbiam je wszystkie.
    Moim głównym problemem jest pogodzenie stylu życia wegetarianina z kupowaniem skórzanych butów, torebek i pasków. Od momentu, kiedy przeszłam na tą dietę, nie kupiłam nic skórzanego, lecz korzystam z tego, co mam od kilku lat. Nie wiem, co zrobię jak rozpadną mi się kozaki. Mama wbiła mi do głowy praktyczność, a praktyczne jest kupienie butów skórzanych i dbanie o nie, bo są z naturalnego materiału, są trwalsze i po zużyciu nie są niebezpiecznym odpadem z punktu widzenia ekologii.
    No, więc tego, taaak szanuję swoje rzeczy. 😛

    • Maria Autor wpisu

      Wiem, że Olimpia z http://mulanjamnik.blogspot.com/ rozmyślnie nie kupuje skórzanych rzeczy, ale wyobrażam sobie jakie to musi być trudne znaleźć dobrą jakość wtedy. Chociaż z drugiej strony są tacy projektanci, jak chociażby Stella, którzy nie korzystają ze skóry i futer, a ich akcesoria są przecież kupowane… Nie wiem, naprawdę nie wiem co jest lepsze z ekologicznego punktu widzenia. Jest faktycznie taki pogląd, że produkcja eko skóry jest o wiele bardziej niekorzystna dla środowiska niż używanie skóry, ale w ten sposób moglibyśmy się cofać nad każdą czynnością i rzeczą i rozpatrywać czy wyrządzamy krzywdę pośrednio czy bezpośrednio. Sądzę, że to powinna być kwestia sumienia. Wiem natomiast, że szacunek do rzeczy jest na 100% ekologiczny. Do każdej rzeczy.

      • Mania

        Dzięki za linka. Ohoho, ile tekstów o wege, które są bliskie mym rozważaniom i problemom.
        Słyszałam też pogląd, że niektórzy nie jedzą mięsa, więc już wystarczająco dużo robią dla zwierząt i ekologii, więc mogą pozwolić sobie na skórzane dodatki. Ja z kolei czasem mam takie głupie myśli, że przez noszenie skórzanych butów, o które dbam w jakiś dziwny sposób oddaję hołd męczeńskiemu życiu biednej krowy lub małego bezbronnego cielaczka.

        • zagubiony omułek

          nie noszę skóry ze względów etycznych i nie powiem żeby było łatwo znaleźć coś ładnego i trwałego, czasem mnie kusi, ale wiem że źle bym się z tym czuła. plus nie znoszę zapachu skóry, wali mi trupem po prostu. buty jeszcze bym przeżyła ale czegoś blisko twarzy typu kurtka torebka nie 😉 staram się dbać o buty i zwykłe sieciówkowe służą mi ok 2 lata intensywnego chodzenia w przypadku takich wielosezonowych botków czy półbutów które można nosić w cieplejsze zimowe dni jak i zimniejsze letnie. nie jest to może wielka trwałość, ale prawda jest taka że w przypadku skórzanych butów noszonych z podobną intensywnością okres noszenia nie bywa często dłuższy. względy ekologiczne równoważą się moim zdaniem bo produkcja skóry naturalnej jest tak samo szkodliwa jak sztucznej, kluczem jest raczej zrównoważona konsumpcja, dotyczy to z resztą wszystkich przedmiotów.

          ja dbałości o rzeczy nie wiążę z ceną a z tym czy je lubię 🙂 gdy nie polubię jakiegoś ciucha to szkoda mi go wyrzucić, więc go eksploatuję bez umiaru. dlatego przy zakupach staram się jak najuważniej dobierać ubrania żeby zminimalizować przypadki gdy faktycznie czegoś nie polubię – unikam lumpeksów, bo dostaję w nich hysia i kupuję złe rozmiary, nieodpowiednie kroje i niepasujące wzory 😉 wszystko oglądam w internecie, zapisuję sobie w zakładkach, 100 razy się zastanawiam, czasem mi coś wykupią, ale żałuję tylko przez chwilę, potem zawsze pojawi się coś nowego na takiej wishliście. ważne jest tez nie doprowadzać do takiej sytuacji „obożezdarłamwszystkiespodniemuszęiśćnazakupy” bo to też skutkuje kupieniem czegoś co najwyżej „ujdzie”.

          • Mania

            haha, rozwaliło mnie ostatnie. U mnie przez parę lat dokładnie tak było: O nieee moje ulubione dzinsy mają dziurę w kroku i teraz nie mam co na siebie włożyć ;<.
            Gdyby szyli buty ze sztucznej skóry z taką samą dbałością o detale jak te z naturalnej, myślę, że problem by nie istniał. Moje nieskórzane kozaki rozpadały się po 2 miesiącach, gdzie martensy mam 8 lat, a kozaki 4 lata. Im wyższy obcas tym szybciej też się zużywa ze względu na to, że mam ciężki chód i zadzieram obcasy (i materiał na piętach, jak nie jest dobrze obszyty but). Kupiłam na próbę oficerki ze sztucznej skóry Highland Creek z Deichmanna oraz śniegowce Crocs, będę też szukać kozaków ze sztucznej skóry, takich co nie zamokną po wyjściu na dwór w bardzo wilgotny zimowy wieczór (mieszkanie na północy w klimacie morskim ma swoje niebywałe minusy zimą). Jeśli nie zdadzą testu, będę musiała chyba rozminąć się z moją moralnością ;<

            • zagubiony omułek

              DrMartens ma tez wegańskie modele 🙂 no w Polsce jest z tym ciężko, ale już np. w Berlinie są sklepy z wege butami (sprawdź sobie avesu.de), które są porządne (albo przynajmniej powinny być, bo sama nie testowałam), oczywiście są tez drogie, trzeba wyłożyć z 400zł. jest np. portugalska firma novacas która robi przepiękne buty.
              w Polsce mamy jedna wege marke która robi buty, bohema clothes. mam workery od nich, nie wypowiem się co do trwałosci bo jeszcze nie mają roku, tylko ze akurat nie nadają się na mokre. sa ocieplane więc ok nawet na mróz ale są z takiego mechatego materiału który niestety ciągnie wodę. a ze sklepów internetowych mogę polecić pan pablo, mają osobną kategorię butów wegańskich, tam akurat bardziej sportowy asortyment. ciekawią mnie te buty z pianki (native) ale jakoś boję się spróbować.

  27. Pyra z bzikiem

    Ja zaczęłam chorobliwie dbać o rzeczy kiedy „poczułam i zrozumiałam” swój styl. Jestem do bólu wybredna [na botki-idealne polowałam 3 lata!], jednocześnie lubię proste ubrania, które wśród modnych wzorów i detali czasami trudno znaleźć, zwłaszcza w znośnej cenie . Kiedy już ustrzelę coś, co mi odpowiada na tyle by się wykosztować to [jestem przeeeszczęśliwa ale i] wiem, że prawdopodobnie długo nie spotkam równie ładnej rzeczy. Więc albo kupuję dwie identyczne [tę drugą uruchamiam kiedy pierwsza jest już kompletnie zajechana – nie tracę czasu na ponowne szukanie czegoś, czego definicją był poprzedni ciuch], albo w różnych wariantach kolorystycznych, albo szanuję do przesady [rzadko nosząc, co swoje plusy też ma – nie wyglądam codziennie [nie mylić z „ciągle”, bo o wyglądanie „ciągle=latami” tak samo właśnie mi chodzi] tak samo. Chociaż biorąc pod uwagę fakt, że noszę na dobrą sprawę tylko dwa kolory, to pewnie dla niektórych i tak tak wyglądam 😉 ]. Mniej szanuję nie tyle tanie ubrania, co łatwo dostępne – tank topy na przykład, te które nie do końca widzę w swojej wymarzonej szafie, i te które przez noszenie na co dzień i częste pranie [czarne rurki] są skazane na krótki żywot. No i te już „zmęczone życiem”/te, które mogą później posłużyć za piżamę czy rzeczy do dywanowego fitnessu – ale to chyba każdy tak ma. W mojej głowie, nieubrane w słowa i przede wszystkim przed lekturą Twojego wpisu miało to więcej sensu 😉

    • Maria Autor wpisu

      Z tymi zakupami masz jak mój Wojtek, on by tez nakupował kilka tych samych par jeansów i już się nigdy nie trudził w tym zakresie. Respekt!

    • Cicha Woda

      O! Też mam tak, że jak znajdę idealną bluzkę to kupuję ze 3 kolory.
      Moim marzeniem jest, żeby rzeczy dla mnie idealne zawsze były dostępne, bez względu na modę. Niestety często nie da się kupić po 2,3 latach takich samych butów tylko nowych, czy ulubionych okularów słonecznych zastąpić takimi samymi nówkami. Nie próbowałam jeszcze kupować rzeczy na zapas, tj. takich samych, żeby było od razu zastępstwo. Muszę to przemyśleć…

      • Maria Autor wpisu

        To jest bardzo trudne, bo trendy się zmieniają. Nawet tak banalny zakup jak męskie spodnie o normalnym stanie, a nie biodrówki jest teraz udręką 🙁

  28. em

    eh, z tym dbaniem to rzeczywiście jest różnie .. na „drogie” choćby nie wiem jak dobrej jakości ciuchy zawsze szkoda kasy przy innych wydatkach, jest też część „lepszych” rzeczy, które szanuje ale głównie dlatego, że są odłożone „na specjalne okazje” (te prawie się nie zdarzają) i jest część „zwyklaków sieciówkowych” tańszych i droższych, których używam i w domu i poza nim, o które dbam podobnie (ale jednak zawsze jest mniej szkoda jeśli niechcący zniszczy się coś tańszego.. a „niechcący” zdarza się u nas często :)). Nowe rzeczy nudzą mi się w miarę szybko ale za to o te, które kocham dbam jak o skarb (latami) 🙂

    • Maria Autor wpisu

      No właśnie dochodzi jeszcze kwestia innych wydatków. W sumie jak sobie przemyślałam sprawę to ciuchy stoją u mnie jednak na bardzo wysokim miejscu w hierarchii, ale po mnie tego tak nie widać, bo ja ogólnie mało ostatnio kupuję 🙂

  29. Julianne

    Ja mam tak, źe lubię chodzić ciągle w tym samym, już nawet z tym nie walczę. Jak się w czymś dobrze poczuję to mogę chodzić pzynajmniej raz w tygodniu. Nauczyłam się więc inwestować w takie „mundurki”, np kupuję torbę i buty za 500 zł i nie mam poczucia, że jestem rozrzutna, ponieważ noszę je codziennie, nie mam potrzeby zmiany. Z drugiej strony nie kupiłabym czegoś co nie jest mi niezbędne, choćby kosztowało 20zł, bo miałabym wyrzuty sumienia przez te 20 zł.. Na perfumy i pomadkę Chanel też nie żałuję, bo mają wpływ na mój nastrój , a to przecież najważniejsze ☺ale mi wystarcza ta jedna pomadka i jeden zapach. Myślę, że kluczową sprawą jest odkrycie co nam najbardziej służy i czego najbardziej potrzebujemy, wtedy zaczynamy dobrze inwestować pieniądze a dbanie o to co się bardzo lubi przychodzi w naturalny sposób.

    • Maria Autor wpisu

      Kochana, w tym jednym komentarzu zawarłaś wszystko o czym marzę, do czego aspiruję i powód założenia tego bloga 🙂

  30. MarthaB

    A ja jakoś nie patrzę na cenę, a raczej mój stosunek do danej rzeczy. Jakieś 7, może więcej (??) lat temu kupiłam zwykłą burą bluzkę w SH, nosiłam ją jakis czas, potem zaszłam w ciąży, chodziłam w niej jakoś prawie do porodu, potem jak karmiłam, potem w drugiej ciąży 😉 Nadal ją mam (syn ma prawie 6 lat…), nadal świetnie leży,tylko materiał się nieco zniszczył, ale to moja ukochana bluzka i chyba nigdy jej nie wyrzucę.
    Ja generalnie bardzo dbam o ubrania i obuwie, ubrań kupuje mało, trochę szyję i przerabiam, większość kupuję w SH, ale już teraz rzadko, naprawdę mam wystarczającą ilość szmat w domu. Lubię za to kupować buty i na nich nie oszczędzam. nie, że kupuje drogie, ale raczej bardzo rozważnie wybieram, nie spiesząc się, bo wiem, że dbając o buty mam w czym chodzić, a nowe traktuję jako dodatek.

    • Maria Autor wpisu

      Super, ja się przyznam, że też mam taką czarną bluzkę, która już niestety ma dziurki dwie na plecach, a mam ją już 10 lat!!! I wciąż noszę, teraz juz jako podkładkę pod koszulki na krótki rękaw, ale jednak 🙂

      • MarthaB

        🙂
        jeszcze dodam, że nie popadam w skrajność, jeśli lubię daną rzecz to o nią dbam, aleją noszę 🙂 żeby nie było tak, że mam wspaniałe buty, nie noszę, żeby się nie zniszczyły, a po kilku latach robią się kompletnie nie do noszenia czy przestają mi się po prostu podobać 🙂

  31. magdalena

    Super wpis. U mnie szacunek do rzeczy wyraża się też poprzez nadawanie im drugiego życia.. Cieszę się, gdy udaje mi się ocalić rzecz, której ktoś „nadał jakość”, aby mogła posłużyć dłużej.
    I tak ostatnio ocaliłam moje skórzane oficerki, przerabiając na workery (efekt widoczny tu: http://pieknajakmiranda.blogspot.com/2014/11/jak-z-kozakow-oficerek-zrobic-fajne.html

    • Maria Autor wpisu

      Szczerze mówiąc nawet nie wiedziałam, że tak można 🙂 Wow, po prostu wow.

  32. Magdalena

    Zgadzam się i widzę po sobie. Nie dość, że niewiele spośród moich rzeczy naprawdę lubiłam, to moja szafa ciuchów co chwilę powiększała się o kolejne „okazje”. I po co? Nie nosiłam połowy tych rzeczy, a kupowałam następne. A przez to, że niektóre były tanie, szybko nadawały się do wyrzucenia, a ja wolałam kupić nowe, niż wydać pieniądze na coś porządnego. Stare rzadko wyrzucałam. Na szczęście do pewnych spraw się dorasta i teraz wolę składać pieniądze na coś lepszego (i mam tu na myśli nie tylko ciuchy), niż z łatwością pozbywać się pieniędzy na bzdury:) I przez to szacunek dla rzeczy, które posiadam, jest dużo większy.

    • Maria Autor wpisu

      Najniebezpieczniejsze w tych tanich ubraniach jest to, że się w ogóle nie czuje, że tyle kasy na nie idzie. Mózg przyzwala na wydanie 30 zł, ale nie pamięta, że takich trzydziestozłotówek było w miesiącu kilka 🙁

      • Anuko

        very true i rzeczywiście 30 złotych jest taką granicą w moim mózgu

        • Maria Autor wpisu

          Doprecyzujmy: 29,90 🙂

      • szpiegula

        ekhm, od tego jest robienie listy wydatków w excelu 😉
        ja sobie zawsze pod koniec miesiąca- jeszcze z boku, wypisuję w innym kolorze właśnie zakupione ciuchy,
        żeby sprawdzić, czy właśnie trzymam pion moralny, czy gdzieś właśnie się nie rozpędziłam z kupowaniem „po taniości”.

      • myslownicelife.blogspot.com

        Zależy na co te 30 złotych. Na t-shirt to wcale nie jest mało. Na torebkę czy buty owszem.

        Chyba należę bardziej do tamtego pokolenia, którego zakupowe wybory pamiętasz „jak przez mgłę”. Trochę wiekowo należę, a trochę mentalnie. A trochę z powodu tego, że mam sporą rodzinkę, zaś środki niewielkie. Jak na taką rodzinkę:) I dlatego po przeczytaniu tekstu pomyślałam: „Wreszcie ktoś to małolatom napisał:)”, a nie „Eureka!”. Wreszcie ktoś o całkiem sporej „sile rażenia” bloga napisał coś, co praktykuje naprawdę duża grupa normalnych ludzi. Tylko że oni blogów nie prowadzą, więc pochwalić się swoją normalnością nie mogą. I chyba nie czują potrzeby! W każdym razie dobra robota:)

        • Maria Autor wpisu

          Masz rację, blogi są prowadzone przez osoby, które są powyżej średniej jeżeli chodzi o zakupy ubraniowe – co do tego chyba nikt nie ma wątpliwości.

          • iwona

            cały pic polega na tym, że one tych ciuchów nie kupują tylko reklamują. I wmawiają czytelnikom, że kupiły, albo (nie)taktownie milczą na ten temat. A młodym dziewczętom się wydaje, że szafiarka ma 20 płaszczy na sezon. Co sezon.

  33. Anuko

    Drugie życie rzeczy jest sprawą fenomenalną. Mnie cieszy przerabianie starych rajstop na gumki do włosów (pociąć jedną nogawkę na trzy kawałki zawinąć z każdej strony i jest gumka idealna, która włosów nie łamie i nie wyrywa, a kolory ma bardzo ciekawe). Ostatnio staram się też inwestować w odnawianie przerabianie – renowacja torebki (pochodzenie SH) kosztowała mnie 60 zł, dziś odebrałam i jest obłędna: wygląda jakbym zapłaciła 300 euro. Krawcowa też zarabia i zarobi wkrótce. Bo jeśli rzecz ma leżeć z zepsutym zamkiem, to niech ma drugie życie. Właściwie można się tak zaprzyjaźnić z rzeczami. I to może też jest rozwiązanie niektórych problemów.
    Wymyśliłam sobie osobisty lek na chciwość i shopaholizm – jeśli zapłaciłabym za coś 600 zł, to mogę też kupić za 8; a jak nie, to nie. 600 zł to dla mnie cena astronomiczna, może być też 200 albo 100.
    I chciałabym też chodzić we wszystkim, co mam. Też odkładam i oszczędzam. Albo mi wstyd ubrać, bo zbyt eleganckie. Albo zapomniałam, że takie coś mam.
    Powtórzę za kimś innym: mądry blog, pomaga mi się poukładać. Czy mogę prosić o listę blogów, które Ty Mario uważasz za mądre?

    • Maria Autor wpisu

      Staram się czytać te blogi, które są podlinkowane w komentarzach pod pseudonimami czytelników, tak znalazłam dużo perełek. Pod tym wpisem jest całe mnóstwo takich blogów właśnie. Niestety mam duże zaległości co do blogosfery jeżeli chodzi o czytanie, a komentowanie to już w ogóle. Bardzo lubię poza tym takie blogi jak into-mind, anwen (mimo, że o tylko o włosach to strasznie mądry), styledigger i lostinaspotlessmind. Na fejsie staram się lajkować te ulubione blogi i być na bieżąco w miarę.

  34. blackalcea

    Ja zmiany w swojej szafie zaczęłam od patrzenia na metki ze składem. Tak zredukowałam ilość kupowanych ubrań – wydaję więcej na lepszą jakościową rzecz która służy mi dłużej, do tego nie szmaci się po kilku praniach. To tyczy się zwłaszcza zakupów w szmateksach (nie lubię określeń lumpek, sh itp) – wychodzę z jedną solidną rzeczą a nie worami śmieci które za chwilę wyrzucę. Poluję na skórzane torebki, paski, apaszki, pończochy nylonowe, szpilki i ubrania vintage. Kupione za 3zł skórzane sandały Chie Mihara, służą mi do dziś – wymagały reparacji zmasakrowanych obcasów:) Czy też szpilki Rogera Viviera. Moje buty regularnie noszę na wymiany fleczków do szewca, wyroby skórzane starannie konserwuję – lubię ich szlachetny wygląd nawet gdy służą mi już wiele lat. Zauważyłam że nie dbam o tanie rzeczy – z akrylu, skaju – kupuję tylko wtedy gdy potrzebuję a nie mam pieniędzy a potzrebuję bardzo-bardzo i nadal szukam ideału. Dążę do jak najlepszych jakościowo przedmiotów. Nawet zwykłe basic’owe t-shirty na co dzień służą mi po kilka lat, nie cierpię gdy coś po 2 praniach wygląda jak myjak. W gimnazjum kupowałam sztuczną biżuterię którą po chwili wyrzucałam – zmieniłam to w połowie 3 gimnazjum i dziś mając prawie 21 lat mam kolekcję srebrnej biżuterii za prawie 3000zł (regularnie spisywałam sobie co mam i za ile)- zbieram PRL-owskie wyroby Warmet, Orno. Szukam okazji na targach staroci – wiem że to już jest kapitał, będę tą biżuterię nosić przez wiele lat i jej wartość nie spadnie. Niektóre skórzane torebki vintage mam już 6-7 lat, nadal je noszę i wiem że będą mi jeszcze długo służyć – te ze skaju zdążyły się już dawno rozpaść.
    Co do blogerek – szafiarek z kilkudziesięciu blogów które oglądałam, dziś oglądam może z 15 – te dziewczyny o konsekwentnym, własnym stylu. Nie interesują mnie takie co pokazują daną rzecz 1 raz i zaraz sprzedają, to ślepy bieg za trendami a nie własny styl – nie kupuję tego, to sztuczne, nieautentyczne.

    Złapałam się na tym że nie potrafię odpuścić sobie chodzenia po szmateksach. Bardzo chciałabym zrobić sobie szmateksowy detoks – tak chociaż 3-4 miesiące. Brakuje mi silnej woli, za to w galeriach i sieciówkach praktycznie nie kupuję wcale. Jak musiałam rok temu kupić eko skórzaną torebkę do noszenia na co dzień, miałam postanowienie oszczędzić pieniądze na klasyczną czarną skórzaną torbę. Minął rok, nie odłożyłam na to ani złotówki. Jedyny planowany zakup na ten sezon w galerii to długie za łokieć skórzane czarne rękawiczki z Arytonu – ślinię się na takie od lat, moje długie akrylowe do peleryn dokonały żywota – to czas na tą inwestycję, nie będę tego żałować. Do skarbonki powędrowały już pierwsze monety na skórzaną torebkę.

    Mario czekam na kolejne wpisy i Twoje stylizacje. Mam nadzieję że Zosia ma się już dobrze i wszystko układa się po właściwej drodze.
    Serdecznie pozdrawiam, Weronika.

    • Maria Autor wpisu

      Robię dopisek we wpisie, żeby ludzie przeczytali ten komentarz!

    • Dorota

      Mamy bardzo podobną filozofię zakupów 🙂 – najpierw skład – najlepsze gatunkowo ciuchy kupuje w szmatexach – wełna z jedwabiem, kaszmir itp. W galeriach niemal w ogóle nie robię zakupów, jakość tych poliestrowych koszmarków lub cienkiej, źle skrojonej i wykończonej bawełny (i zupełnie nieadekwatnych cen) skutecznie mnie zniechęcają. Buty jedynie wolę nowe – zawsze ze skóry i zawsze na długo. Dużo zdrowia życzę 🙂

  35. Jorun

    Szanuję rzeczy bez względu na cenę. Mam tylko wrażenie że przemysł odzieżowy robi mi pod górkę, co z tego że dbam o ubrania i buty kiedy systematycznie pogarsza się jakość materiałów z których są robione. Nawet metkom nie można wierzyć, bo jak inaczej tłumaczyć fakt że skarpetki czy koszulki kupione niedawno, w tej samej sieciówce co zawsze, o tym samym składzie co zawsze, niszczą się znacznie szybciej niż te które kupiłam wiele lat temu.

    • Cicha Woda

      Kurza twarz! mam identyczne wrażenie. Jakby wszystko było robione z gorszych materiałów.
      Na pewno cena nie jest żadnym wyznacznikiem jakości. Kiedyś „dużo droższe” było „dużo trwalsze”, ale to były czasy jak w sklepach było o wiele mniej.

      • Maria Autor wpisu

        A z elektroniką to jak jest? Ma się zaraz po gwarancji zepsuć i to tak, żeby się bardziej opłacało kupić nowe niż naprawiać 🙁

        • Cicha Woda

          Mi to mówisz? Właśnie czyściłam od przypalenia żelazko znanej marki, przywiezione z Niemiec 25 lat temu!
          Czyściłam je taką pastą do przypalonych żelazek z lat 80-tych (stara cena przed zmianą pieniędzy to 33 zł).
          Mało tego- wyczyściłam!
          Drżę co będzie jak mi to żelazko padnie, bo tylko człowiek może żyć podobno do 120 lat 😉

          • Ania

            Hehe 🙂 też mam takie żelazko i za nic nie chcę, żeby się popsuło. Ostatnio myślę, jak zamienić ‚nowy’ 7letni samochód (z pełną elektroniką) na jakąś piękną starą maszynę, w której jak coś się popsuje, to będę przynajmniej wiedziała co i jak to naprawić 😉 ‚Planowane postarzanie produktu’ zaczęło się w latach 20′ poprzedniego wieku, najpierw były żarówki, potem zbyt dobre nylonowe pończochy a potem to już poleciało hurtem na wszystko i na dobre rozkręciło się ok. 2000 roku, niestety :/.

  36. szpiegula

    kiedyś miałam fazę nie dbania o rzeczy, wychodząc z założenia, że „iiii tam”.
    ale z czasem wyrosłam z takiej niemądrości 😉
    myślę, że dbałość zawiera się nawet w takich niuansach- jak przebieranie się w domowe ciuchy po powrocie z pracy.
    i od dłuższego czasu- jestem zdania, że należy dbać o to,co się ma.
    i w sumie nie ma znaczenia jakość, czy cena- po zadbanej rzeczy, mimo tego, że może nie była droga, nie będzie aż tak widać zużycia,
    będzie tak na dobrą sprawę- trwalsza, niż pierwotnie zakładaliśmy.

    ostatnio miałam okazję nabyć w tk maxx za nieduże pieniądze bardzo porządną kurtkę skórzaną, a jednak zdecydowałam się ją zwrócić do sklepu z wielu względów.
    też z przekonania- że w tym momencie nie jest mi potrzebna.
    a kolejnym argumentem przeciw- było to, że w szafie mam ZADBANĄ kurtkę ze skóry ekologicznej, którą noszę praktycznie od 2 lat, a upływu czasu na niej nie widać.

    a wokóle teraz i tak masę rzeczy stawiam na głowie, bo potrafię sobie kupić koszulki- z przeznaczeniem tylko do chodzenia po domu.
    nie mogłabym już chodzić w jakichś mega zniszczonych, za bardzo by to uwierało moje poczucie estetyki.

  37. OverForty

    Nadawanie sensu swoim decyzjom zakupowym…
    Sensownie, mądrze napisane…
    Myślę, że nie będzie nadużyciem jak stwierdzę, że prawie każda z Nas miała w swoim życiu okres kiedy decyzje o zakupach nie miały gębszego sensu, były impulsem, reakcją na bodziec w postaci reklamy, polecenia…
    A potem reflekcja, kiedy ta rzecz wisząca w szafie pyta Nas..ile razy miałysmy ją na sobie? 2? 3 razy?
    Do nadania sensu swoim decyzjom zakupowym, do zadania sobie pytania o tak naprawdę jest mi potrzebne, trzeba dojrzeć…
    Przez „dojrzeć”, mam na myśli jedynie moment, kiedy jestesmy gotowe do zmiany…Do zmiany nie tylko w kwestii zakupów..ale całej naszej filozofii życiowej..
    Twój blog jest inspiracją do takiej zmiany!
    Mniej znaczy więcej..a każda zakupiona rzecz, nieważne czy kosztuje 20 czy 120…powinna być potrzebna i noszona..
    Nawet jeśli nasza koszulka za 20 zł kończy żywot jako „góra do spania”…to super!
    Te rzeczy z szafy pytające Nas kiedy je wreszcie załozymy..bardzo im zazdroszczą:)
    Pozdrawiam:)

    • Maria Autor wpisu

      Wprawdzie jest już ze mną lepiej, ale chyba jeszcze znalazłabym takie rzeczy. Jestem przeciwniczką pozbywania się wszystkiego na hura, ale takie zrównoważone detoksy mogą być bardzo inspirujące i wróżyć coś dobrego.

  38. sylwia

    Zastanowił mnie Twój wpis. Coś w tym jest, ze dziś wmawia się nam, ze wszystko mamy pod ręką i w takiej ilości, ze nie ma co roztkliwiać się nad rzeczami. A czasami naprawdę wystarczy trochę o nie zadbać, może podreperować i nadal nam mogą służyć. Pod warunkiem jednak, ze ich jakość jest w miarę odpowiednia. Bo bubli jest od zatrzęsienia i nawet gdyby stanąć na głowie, to nie da się ich dłużej użytkować. Dlatego ja staram się kupować rzeczy dobrej jakości, nie tylko ciuchy, ale oczywiście adekwatnie do zasobów mojej kieszeni. Nawet w lumpeksie oglądam dany ciuch dokładnie, patrzę na metki i skład materiału i stopień jego zużycia.
    Myślę również, że winnymi takiego zjawiska są konsumpcjonizm i rozrzutność. Moja siostra jest rozrzutna, choć wydaje się na pierwszy rzut oka, ze tak nie jest. Kupuje tanie ciuchy i buty, takie za 20 lub 30 zł. Tylko, ze u moich rodziców w piwnicy stoi pięć 120-litrowych worków pełnych takich właśnie butów. Wszystkie należały do mojej siostry. To głupota wg mnie, bo gdyby zliczyła, ile w sumie wydała na te buty, to spokojnie mogłaby kupić sobie jakieś porządne. No i przez te niby drobne zakupy co miesiąc jej brakuje do pierwszego.
    Ja szanuję swoje ubrania i w ogóle rzeczy. nawet ciuchy z lumpeksu otaczam troska, nawet jeśli już nie są do pokazania się publicznie. Ale to jest takie moje skrzywienie, bo kiedyś moja rodzina była bardzo biedna i ja te czasy wciąż dobrze pamiętam.

    • Maria Autor wpisu

      Jak się pochodzi z biedniejszej rodziny to z jednej strony jest się rozsądniejszym jeżeli idzie o zakupy. Ale właśnie często dochodzi też do zachłyśnięcia i próby rekompensowania sobie tego, że kiedyś nie było nas na coś stać 🙁 I przecież nie zawsze robi się różne rzeczy całkowicie świadomie.

  39. Julianne

    W studenckich czasach mieszkałam z dziewczyną, która nie była w stanie pójść na popołudniowe zajęcia w tym samym ubraniu co rano-musiała się przebrać bo odczuwała dyskomfort. Miała 10x więcej ubrań niż ja, prawie wszystko kupowała w lumpeksach , za grosze….Ja zawsze miałam mało , ale w porównaniu do niej drogo. Myślę, że to jednak kwestia charakteru… i na miejscu tych co kupują bardzo dużo i tanio, nie strofowałabym się aż tak bardzo..Dobrze, że dziewczyny mają sposób na siebie, lubią dużo -to kupują tanio, zapewniają sobie komfort, a jednocześnie nie pójdą z torbami…Ludzie jednak się rożnią i to jest niezwykłe.

    • Maria Autor wpisu

      Oczywiście, kupowanie to jest też jakiś sposób na życie. Absolutnie tego nie krytykuję, wyrażam jedynie swoje zdanie, a jak wiesz pogląd mam taki, że lubię mniej, ale lepszej jakości. Kurczę, w dzisiejszych czasach to trzeba właśnie być odważnym żeby się pokazać drugi dzieńw tym samym ubraniu 🙂

      • K.

        Przyznam się szczerze, że nie poszłabym na uczelnię / do pracy dwa dni pod rząd w tym samym. Te same spodnie lub spódnica to ok, ale już inna góra, rajstopy. Sukienka lub całość nie wchodzą w grę…
        Kto i kiedy zrobił nam taką wodę z mózgu? Teraz dopiero zdałam sobię sprawęm jakie to absurdalne…

        • Julianne

          A ja w zeszłym roku w sierpniu kupiłam fajną dla mnie torbę i od tego czasu nie nosiłam innej, cztery pory roku…, zawsze mam ten sam model spodni Levis, a 2 pary takich samych chinosów są nie odróżnienia, więc teoretycznie zawsze mam te same spodnie , od września codziennie noszę te same botki (przyznaję luksusowe), góry zmieniam codziennie, ale pracuję w białym fartuchu więc i tak wyglądam podobnie…. Dodam jeszcze, że od kilku lat mam tą samą firmową fryzurę i taki sam makijaż, a…i jeszcze złota bransoletka -zdejmuję tylko na basenie. Nigdy nie myślałm o sobie, że jestem dziwna…

  40. Yvonne

    Mam rzeczy, które mam za darmo: od przyjaciółki, która „urosła wszerz” albo ubrania nówki od kumpeli, której rodzice mają firmę z odzieżą głównie takie klasyki z dobrych tkanin. W domu nigdy nie było zbyt wiele, więc nauczyłam się dbania o rzeczy. Bardzo trudno się rozstaję z rzeczami, więc staram się masymalnie długo je posiadać. Mam torbę z zamszu, taki worek, w której kiedyś wylało mi się jakieś tłuste jedzenie i niestety przesiąkło przez skórę na zewnątrz. Paskudne plamy nie do doczyszczenia samemu, a w pralni koszt prania to kupienie nowej torby. Więc… pomalowałam ją akrylami 🙂 jak mi się ten szary kolor znudził stworzyłam aplikację z filcu i już było kolorowo 🙂

    • Maria Autor wpisu

      Nie odpuściłaś. Zuch dziewczyna 🙂

  41. Mysza

    Masz sporo racji. Ja zawsze szanowałam swoje rzeczy, tak byłam wychowana i tak mi zostało. Jestem zdania, że jeśli już wydajemy nasze pieniądze na np. torebkę to dbajmy o nią. Jeśli taka torebka ze sztucznej skóry jest porządnie zrobiona, to na prawdę może długo przetrwać. Ja jeszcze nigdy nie miałam torebki z naturalnej skóry – zawsze wybieram coś ze sztucznej, bo taniej, a mimo to nie muszę wymieniać torebki co sezon. Moją obecną mam już ładnych kilka lat i w ogóle tego po niej nie widać (a noszę ją na okrągło, bo to moja ulubiona, jedna z dwóch jakie posiadam).
    Chociaż wiadomo, że i totalne buble mogą się trafić i w takiej sytuacji niewiele da nasze dbanie – bo co jeśli koszulka po dwóch praniach wygląda jak ścierka do podłogi?

    A to co napisałaś odnośnie niektórych blogerek modowych (że w każdym poście nowe ciuszki i dodatki) to to właśnie był powód, dla którego przestałam obserwować część tego typu blogów, a kiedyś śledziłam ich na prawdę sporo. Po prostu zaczęło mnie to męczyć i nawet nieco drażnić. Co to za sztuka co post pokazywać nowe zestawy niemal żywcem zdjęte z manekina sklepowego. Wolę blogi, których autorka ma jakiś swój styl i potrafi pokazać tę samą rzecz w kilku różnych zestawach i nie wstydzi się, że np. ma jakieś swoje ulubione buty, które pojawiają się w co drugim zestawie 🙂

    • Maria Autor wpisu

      Tak Myszo, mnie też to już zaczęło nużyć, dlatego zminimalizowałam liczbę blogów, które oglądam. Bo mogę sobie po prostu zajrzeć do lookbooków czy katalogów.

  42. Mia

    Dobry wpis, szkoda tylko, że nie wszyscy tak myślą. Mnie irytuje wszechobecny konsumpcjonizm i materializm. A są ważniejsze wartości niż kupowanie nowych rzeczy, bo pozornie są nam potrzebne. Ja szanuje swoje rzeczy i się do nich przywiązuje . Większość moich ubrań ma po 5-6 lat, bo od tej pory już nie rosnę:) Martwi mnie tylko co będzie jak moja ulubiona, idealna bluzka nie będzie się nadawała do noszenia, a ja nie znajdę takiej samej. A nowe nie znaczy lepsze. W ogóle wydaje mi się, że te wszystkie „stare” rzeczy (produkowane dawniej) – ubrania, meble, sprzęt elektroniczny były lepsze, bo miały duszę, a teraz wszystko tylko aby sprzedać, jakość nie jest ważna, bo przecież jutro mogę kupić nowe.

    • Maria Autor wpisu

      Na pewno nie znajdziesz takiej bluzki. I do tego te trendy, które niestety jakoś dziwnie uwzględniają potrzeby tylko młodzieży. Dlatego chyba warto rozglądać się za jakimiś statecznymi markami z uniwersalnymi krojami, które mimo sezonów zawsze stawiają na prostotę.

  43. maryśka

    Muszę przyznać, że takie podejście jest mi całkowicie obce. Od zawsze traktowałam rzeczy z szacunkiem, niezależnie od tego, ile kosztowały. Może mam to po rodzicach, którzy przeżywszy naprawdę ciężkie czasy wpoili mi szacunek do rzeczy, a ta cecha stała się u mnie trochę przerysowana. Może jest tak też dlatego, że trudno jest mi znaleźć coś, co NAPRAWDĘ mi się podoba i jak już w końcu znajdę ten ideał (czasami zajmuje to lata!), czy po prostu rzecz, w której zakocham się od pierwszego wejrzenia i przepadnę, to staram się o to dbać.. Niektóre rzeczy naprawiałam już kilkakrotnie, inne przerabiam albo zlecam to krawcowej. Nawet buty z sieciówki (40 zł) wylądowały na reanimacji u szewca, ale po prostu je kocham i nie pogodziłabym się z ich stratą! Z drugiej strony, mam nadal buty, które mają po 10 i więcej lat, bo albo mają dla mnie wartość sentymentalną (moje pierwsze glany <3), albo nadal nadają się do użycia i używam ich do prac przydomowych. I nie, nie jestem chorobliwym chomikiem – nienoszone rzeczy podaję dalej albo sprzedaję. Ale traktowanie rzeczy źle, bo są tanie, nie leży w mojej naturze. A wyrzucenie czegoś kompletnie nie mieści mi się w głowie (wiem, to akurat przesada, ale walczę z tym).

    • Maria Autor wpisu

      W młodości bardzo dbałam, bo nie miałam tak kasy. Potem miałam kasy trochę i się zachłysnęłam i celem było kupowanie. A teraz znowu dbam, bo taki cel to cel do niczego. Ale to trzeba sobie samemu uświadomić, bo jak ktoś Ci mówi, żeby dbać to puszczasz to mimo uszu.

  44. Dziadova

    Zgadzam się, no i też (mimo swojej wybredności nad wybrednościami, bo rzadko idę na kompromis z zakupami) się na tym łapię. Może nawet kryterium nie jest cena, ale jakieś odczucia, czas? Pierwsze glany to był u mnie tez triumf (ach, to zbieranie kasy), ale każde kolejne – już coraz mniej. Mam jakieś patologiczne skłonności do kochania starego i nieufności do nowego.
    I tak mam dwie strategie – jedna – poddać się, nie patrzyć czy odżywka kapie z włosów na kołnierz niedawno kupionej koszuli, a rękaw nie tapla się aby w mące. Druga – odłożyć na lepsza okazję tj. nigdy czyli ‚szanować’.

    Dlatego ten post to jest jak balsam na moje serce. Bo z drugim, to się już rozprawiłam, moje ‚nowe ulubione’ to często też moje jedyne (buty, zegarek, spodnie). Ale zostaje mi jeszcze to półzadowolenie, z którym tracę kasę, no i czas i siły poświęcone, żeby ją zarobić. A w sumie to wierzę, że jest dla tych pieniędzy lepsze przeznaczenie 😉

    • Maria Autor wpisu

      Eeee, no to Ty już jesteś na wyższym poziomie świadomości w takim razie 🙂 Fajny pomysł, żeby takie ulubione rzeczy były jedynymi: miejsca dużo nie zajmują, używa się ich cały czas, można pokusić się o najlepszą jakość, no i przede wszystkim jest motywacja, żeby o nie zadbać.

      • Dziadova

        Nie no, wyższy poziom świadomości w moim przypadku jest raczej wykluczony 😉

        No, ale co fakt, to fakt, posiadanie jednej sztuki zobowiązuje do dbania o coś. Piszę tego posta w dość trafnej chwili – mój kolega z pracy miał mały wypadek i właśnie wyprałam swoje jedyne spodnie z krwi. I w takich chwilach sobie myślę o (oprócz kolegi, któremu całe szczęście nic poważnego się nie stało) tym, że fajnie byłoby mieć drugą, tańszą parę, którą mogłabym założyć a która nie byłaby dresem. No, i cieszę się, że jednak koszul i swetrów mam więcej 😉

  45. Ravela

    Ja ogólnie dbam o swoje rzeczy (i niestety przywiązuje się do nich wszystkich), dam więc dobry przykład innym, a nawet 2.;]
    Mam czółenka z nubuku kupione przed dekadą, niestety kilka lat temu uległy one „drobnej” kontuzji – jest to model peep toe i przerwała mi się skóra przy palcach. Okazało się, że zwykły szewc ma problem z podjęciem się naprawy. Wzięłam więc sprawy w swoje ręce i za pomocą paska, kupionego w sh, naprawiłam tę zerwaną skórę – buty służą mi do dziś. Fajnie jest mieć tak świetnie dopasowaną rzecz, którą chce się ratować, o ile jest to tylko możliwe.
    Mam też świetny jakościowo sweter (kaszmir i virgin wool) z sh, w nieładnym kolorze i niepasujący mi kroju. Szkoda mi się go pozbywać, jest bardzo przyjemny w użytkowaniu, więc prawdopodobnie zostanie „przerobiony” na odzież domową – w końcu w takiej przebywam znaczną część doby, też powinna być dobrej jakości, przede wszystkim wygodna, choć niekoniecznie idealna wizualnie.

    • Maria Autor wpisu

      Bardzo mi się to podoba. Ta determinacja zwłaszcza. Choć powiem Ci, że jak szewc nie podołał to Ty musisz być jakimś artystą 🙂

  46. Deva

    Kochana Mario, dokładnie mam to samo i chyba jestem w podobnym punkcie. Oto siedzę przy nocnej herbatce w bluzce i spodniach, które wcale nie były kupowane do chodzenia po domu, ale były tanie…i nie mogę się nadziwić, co podkusiło mnie by kupić… Trudno jest , nawet przy dużym nakładzie starań, utrzymać długo tanią rzecz w dobrym stanie,z dzisiejszej sieciówki…. Możnaby o tym pisać rozprawy od socjologicznych po naukowe i poradniki… Jestem w takim miejscu, że stary schemat już nie działa tak sprawnie, a nowy jeszcze się nie osadził. Więc.. Ulegam pokusie, kupuję, przynoszę te rzeczy do domu, leżą sobie z metkami, a ja na spokojnie analizuję za i przeciw. Ku mojej uciesze ok. 90 procent jest na nie i … odnoszę do sklepu… Za to jednak lubię sieciówki. Można nakarmić wyobraźnię, dokonać selekcji, podyskutować ze sobą i…bez bólu rozstać się z nieprzemyślanym zakupem…na razie jeszcze tak się wychowuję. Za chwilę, mam nadzieję, już obejdę siė bez tych eskapad. Ojala! Oby!!

    • Maria Autor wpisu

      Zawsze można w internecie najpierw popatrzeć, a potem po zastanowieniu dopiero pójść i się na przykład rozczarować, że na zdjęciu wyglądało o wiele lepiej niż w rzeczywistości. To też działa jak zimny prysznic 🙂

  47. Kate

    Jakiś czas temu nie szanowałam ubrań, w tej chwili mam tak uproszczoną szafę i wszystkie rzeczy kocham, nie mam już problemu z prasowaniem czy praniem, bo te kochane rzeczy z chęcią się pielęgnuje. A torebkę mam tylko jedną:)
    Pewnie nie doszła bym do tego miejsca bez Twojego bloga, wielkie dzięki:)

    • Maria Autor wpisu

      🙂 Dzięki za komentarz. Ja też mam jedną torebkę i się zastanawiam, co zrobię jak ona się zniszczy. Takiej prostej to już chyba nigdy nie znajdę 🙂

      • Monika

        Mario, nie wiem w jakim mieście mieszkasz, w Warszawie jest na Powiślu kaletnik który szyje torby na zamowienie ( mógłby odtworzyć Twoja ulubiona torbę) 🙂

  48. Carpewszystko

    Bardzo dobry wpis. Myślę, że ubrałaś w słowa to, co wiele osób ma na myśli, co wielu gryzie. Wiele razy się zastanawiałam, czy to źle, że nie mam co sezon nowych butów jak koleżanka z pracy? Że nie mam coraz to nowej kurtki, po weekendowym shopingu nie przychodzę w nowej bluzce, a wypłata nie jest dla mnie powodem do szaleństw w galerii handlowej? Tak właśnie rozmyślałam: co ze mną jest nie tak?? Ty pięknie to opisałaś: uświadomiłam sobie, że ja po prostu dbam o swoje rzeczy. Nie mam powodu, aby nowości zapełniały moją niewielką szafę, skoro nie chodzę naga, jest mi ciepło i w końcu (dzięki Tobie zresztą 🙂 ) wiem jak to wszystko łączyć. W mojej szafie są i rzeczy bardzo drogie i te bardzo tanie, ale dbam o wszystko tak samo. Dlaczego? Nawyk z czasów, gdy miałam naprawdę niewiele i wiedziałam, że kurtkę noszoną w danym sezonie ubiorę jeszcze za rok… To, że czasy się zmieniły nie upoważnia mnie do robienia z dobrych bluzek ścierek do podłogi (chyba że już tylko do tego się nadają 😀 ). W głowie mam myśl, że są ludzie, którzy nie mają nawet takiej bluzki z lekką plamką, czy wyciągniętą nitką. Konsumpcjonizm, zakupoholizm, kompulsywne zakupy, poprawianie sobie humoru zakupami rzeczy, które zapełniają szafę leżąc miesiącami z kompletem metek- dla mnie to zło. Zło i klapki na oczach, które nie pozwalają rozejrzeć się wokół i dostrzec potrzebujących. Dziękuję za ten wpis 🙂

    • Maria Autor wpisu

      Kurczę, tak mnie zastanawia kiedy weszło do naszych głów to wszechobecne przekonanie, że rzeczy kupuje się na jeden sezon. Chodzi mi zwłaszcza o kurtki, buty i torebki. Przecież to jest jakieś szaleństwo!

      • Carpewszystko

        Mario, myślę, że weszło razem z pojawieniem się tak wielu sieciówek, z których odzież rzeczywiście przetrwa tylko jeden sezon. Dlatego nie łudźmy się, że akrylowy sweter, mimo że piękny w dniu kupna, będzie taki sam za rok czy dwa. Lub torebka ze skaju- nawet najlepiej pielęgnowana, ukaże prawdę o sobie na rączkach, gdzie materiał prędzej czy później brzydko popęka. Nie to co w przypadku skóry, która wraz z użytkowaniem będzie coraz bardziej miękka i nabierze szlachetnego wyglądu. Przekonanie, że „nie stać mnie na tanie rzeczy” wyniosłam właśnie z domu. Patrzenie na skład, poniekąd również na markę (choć to niestety nie zawsze się sprawdza). To tata nauczył mnie, że lepiej mieć jedne jeansy z levis’a niż kilka par z ryneczku. I miał rację. Mam 27 lat i niedawno znosiłam swoje jeansy z czasów liceum. Tata dalej ma torbę kupioną w latach 90 w sklepie z artykułami dla myśliwych. Wtedy wydawała mi się zbyt „nowa”. Teraz nabrała szlachetności i pięknych odcieni. A co z bolączką niektórych, że przecież nie mam co sezon modnego swetra z aplikacją, czy kurtki (o, takie modne były lub są ze „skórzanymi” rękawami)? Cóż, przynajmniej jest mi ciepło w prostym, klasycznym, wełnianym płaszczu i kaszmirowym swetrze, który przetrwa lata (notabene jest ze mną już drugi rok, dalej wygląda jak nowy).

        • Cicha Woda

          Tak sobie myślę, że szkoda iż nie można zrobić zakładki z polecanymi dobrymi markami.
          Mam trochę wątpliwości, czy by to uczciwie wyszło, bo jak czytam blogi albo ogólnie wiadomości, to jednak ludzie za pieniądze są w stanie polecić wszystko, łącznie z dziadostwem. I wcale im nie przeszkadza, że firmują to twarzą, nazwiskiem, czy słowem.

  49. Nina Wum

    Post samo Dobro i Słuszność, zatem dorzucę i swoją historię.
    Jako nastolatka musiałam nosić, co dali. w efekcie wyczyniałam jakieś niewiarygodne akrobacje, by choć trochę dać upust swoim upodobaniom (donaszałam np. skurczoną w praniu kraciasta koszulę ojca.) Potem zachłysnęłam się secondhandami, ale jako, że byłam bardzo biedną studentką, to nawet te lumpeksowe zdobycze traktowałam z szacunkiem. Niektóre mam do dziś, np. welurową sukienkę kupioną w maturalnej. Mam odruch zbieracki, żal mi wyrzucać. Zwykłe bawełniane koszulki żyją u mnie po trzy lata – może dlatego, że mam ich multum i żadnej porządnie nie zdarłam. Z drugiej strony – jestem już serdecznie zmęczona tanimi sieciówkowymi swetrami, które mechacą się od tego, że się na nie patrzy. Z czego powinien być zrobiony sweter, na który można liczyć? Na kaszmiry mnie absolutnie nie stać. 🙂

  50. JustynA

    Zgadam się z Tobą. O rzeczy zawsze należy dbać bez względu na ich cenę., dłużej służą i to świadczy też o nas samyzh zresztą. Jeśli umiem dbać o rzeczy to dbam też o siebie. Nie pamietam, żebym się jakąś znudziła, wszystko noszę 🙂

    • asia

      Ja chyba bym odwróciła tę zależność: jeśli umiem dbać o siebie, to potrafię też zatroszczyć się o własne otoczenie ( w tym ubrania). Wydaje mi się, że w tej całej dyskusji zgubiło się to, co najważniejsze: człowiek. Dbałość o rzeczy nie może stać przed troską o bliskich i samych siebie. 🙂

      • hula szpiegula

        a ja właśnie przez długi czas nie przekładałam tego w ten sposób- dbałam o siebie, o relacje,
        ale już nie dbałam o rzeczy, bo takie jakieś to mi się wydawało- „nie bardzo”.
        i sugerowało, że skupiam się na przedmiotach.

        a teraz jest trochę inaczej- dbam o rzeczy, żeby mieć ten temat z głowy, nie musieć myśleć, że zaraz coś zniszczę i będę musiała szukać czegoś nowego, żeby nie biegać jesienią boso.
        dzięki temu- mam właśnie spokój, i dodatkowy czas na relacje.

  51. aniaHD

    Ja po przeczytaniu książki, którą polecałaś „Minimalizm po polsku”, doszłam do takich samych wniosków 🙂 Powoli zmieniam podejście 🙂
    Uwielbiam twoje wpisy i zgadzam się w 100%
    pozdrawiam serdecznie
    ania

    • Maria Autor wpisu

      Bardzo fajnie, szczerze mówiąc ta lektura również poruszyła moją wyobraźnię i zaczynam wymagać od siebie coraz więcej w kwestii zakupów 🙂

  52. Karo

    Coś mi nie chce pokazać komentarzy 🙁 może później, tymczasem dwie moje obserwacje, bo poza tym zgadzam się w stu procentach 🙂
    Sytuacja pierwsza – a propos rzeczy z niższych półek, niskobudżetowych z konieczności – dbanie jak najbardziej, ale niestety – jeśli po jednym dniu noszenia torby z eko skóry za 80zł odrywa się cała podszewka, jeśli po kilku miesiącach niezbyt intensywnego noszenia od botków za 120zł odkleja się podeszwa, to niestety nawet to dbanie nie pomoże… i dlatego pomału przemeblowuję głowę, planując by jednak pewne zakupy bardzo przemysleć i zrobić odpowiedni risercz (sorki) wcześniej, tak by służyły więcej niż jeden sezon…
    No i sytuacja druga – odkąd mam dzieci, z którymi przebywam często niemal non stop – zwłaszcza z młodszym – mimo chęci dbania o ubrania jest niestety wiele okazji że to ubranie zostaje usyfione przez dziecko i ciągłe przy nim kręcenie się. Z jednej strony w pewnym momencie zaczełam mieć dość ubierania się w stare znoszone rzeczy, bo musiałabym chodzić w nich non stop, również na dwór, z drugiej jednak póki nie wyrosną moja obserwacja jest taka żeby darować sobie kaszmirowe swetry czy inne cuda, jeśli nie mają leżeć w szafie ani nie być w stanie nie do wyczyszczenia.

    • Maria Autor wpisu

      Tak, znam ten ból. U mnie też doszło do tego, że chodziłam nieciekawie ubrana po domu, ale się przemogłam. Tak jak piszesz – kaszmiry po domu raczej nie wchodzą w grę przy maluszku, ale to nie znaczy, że można się zapuścić :)))

  53. Kaja

    Witam Cie Mario,

    jestem Twoja stala czytelniczka od dluzszego czasu, jednak nigdy nie zostawiam po sobie znakow. Tym razem temat posta nawiazuje pezposrednio do moich ostanich przemyslen spowodowanych kupnem nowych mebli a co za tym idzie porzadkowaniem starych rzeczy.
    Mieszkam juz od kliku lat w Niemczech i to tu zarabiam na zycie. Nie owijajac w bawelne, szczerze moge powiedziec, ze tutaj przychodzi mi z duzo wieksza latwoscia kupowanie sobie ubran, poniewaz stac mnie po prostu na wiecej. Nie posiadam ogromnej szafy wypachnej po brzegi, moja kolekcja opiera sie glowie na 4 parach spodni, kilku koszulach i plaszczach to lubie najbardziej. Butow tez posiadam zaledwie kilka par, ale do czego zmierzam?
    W mojej garderobie znajdziesz perleki od Acne lub Stelli McCartney ale takze rzeczy Zary, H&M czy Lidla 😉
    Czytajac Twoj tekst zdalam sobie sprawe, ze kazda rzecz obojetnie czy nabalam ja w butiku projektanta czy skelpie spozywczym jest trkatowana po krolewsku poniewaz zakup danej rzeczy byl przemyslanym wyborem dopelniajacym moja garderobe. Jestem z tego duma!
    Bardzo mnie to cieszy, ze poruszylas ten temat, poniewaz kupujac cos z mysla o tym, ze po jakims czasie dana rzecz mozemy zaczac trkatowac jak szmatke jest dla mnei dzisiaj nie do przyjecia. Moze skloni to niektore z nas do przemyslen i zmieni podjecie do wlasnej garderoby.
    Niezaleznie od tego czy jest wypelniona rzeczami za 20 zl czy za 2 tys zl.
    Pozdrawiam!

    • Maria Autor wpisu

      Też bym była dumna z takiego podejścia. Zresztą ciekawa jestem ile kobiet rozpoznało by rzeczy od projektanta po ściągnięciu metki 🙂 Oczywiście w zestawieniu z takimi tańszymi, ale dobrymi jakościowo ubraniami. Metka to tylko jakieś pojęcie ustalone z góry, ale tak naprawdę każda rzecz może być traktowana jakby była luksusem.

      • k

        Dokladnie to mialam na myśli 🙂

  54. Sali

    Nie jestem osobą zamożną dla mnie kurtka za 200 zł to luksus ,więc szacunku do rzeczy drogich mi nie brak ale koszulka za 10 zł czy sukienka po kimś bez namysłu przerabiam nawet jeżeli nie mam pomysłu tnę nie równo nie dbam o detale twój post uświadomił mi że cena nie gra roli wielkie dzięnki MARIO

  55. Jagoda

    Dla mnie rzeczy nie mają wartości pieniędzy, które za nie zapłaciłam. Staram się kupować tylko to, co mnie zachwyci. Wtedy boję się utraty tego przedmiotu, ponieważ wiem, że nie znajdę takiego samego. Mam i droższe, i zupełnie tanio „upolowane” ubrania. Po jakimś czasie prawie zapominam ile za coś zapłaciłam (a jeśli pamiętam, że mało, to uważam tę rzecz za prezent od losu, nie tanią szmatkę), a najbardziej cenię to, co mi najlepiej służy. Ale myślę, że wiele osób wpada w pułapkę „dbania” o piękne, drogie rzeczy w ten sposób, że ich nie używają. Na co dzień biegają w czymś dużo gorszym, a TĘ rzecz wyjmują z zakamarków tylko „od święta”. Mimo że uważam moje ubrania za piękne, to cały czas pamiętam do czego one służą – do noszenia, do tego, żebym ja się czuła wyjątkowo każdego dnia. Podam przykład: jakiś czas temu wylicytowałam na allegro koszulę – piękną, jedwabną, praktycznie nową, o ciekawym retro kroju, ze znanej polskiej sieciówki z trochę wyższej półki (przyznam, że zwracam uwagę na markę kupując przez internet – po prostu wiem, że do niektórych mogę mieć większe zaufanie, wiem jakiej jakości się spodziewać). Zapłaciłam za nią całe… 13 zł. Sprzedawczyni w opisie napisała, że trzymała ją na wyjątkowe okazje i ostatecznie prawie jej nie nosiła, a teraz chce zrobić miejsce na nowe. Mi koszula służy cudownie, używam jej co kilka dni. Ale zupełnie nie rozumiem osoby, która wolała taką rzecz sprzedać za 13 zł niż zmienić jej postrzeganie i ubierać się pięknie każdego dnia!
    Jednak myślę, że trzeba mieć kilka rzeczy, na które nie trzeba uważać. Co nie znaczy, że muszą być brzydkie – w tej samej cenie można znaleźć coś ładnego (bardzo często kupuję używane ubrania, stąd te niskie ceny). Nie wyobrażam sobie też używania czegoś na siłę, gdy dni świetności ma już za sobą – cały czas pamiętam, że to moje ubrania istnieją po to, by mi służyć, nie odwrotnie.

    Pozdrawiam,
    Jagoda

  56. Ala

    Przeczytalam wszystkie wpisy i nasunal mi sie jeden pomysl. Moze zrobisz wpis o metkach i skladach ubran? Na co zwracac uwage, co jest warte i konieczne. Zauwazylam ze to przy plaszczach.bylo pomocne: 70% welby,20% akryl.. To byloby dobre:-)

    • Cicha Woda

      Ala, dobry pomysł. Podpisuję się pod prośbą. Na razie korzystałam z tego:
      http://zdrowo.pl/uroda/metka-ma-znaczenie-dla-twojego-zdrowia
      Może i dla Ciebie będzie pomocne jako wstęp do tematu.

    • zagubiony omułek

      szkoda tylko że skład składowi nie równy – czasem rzecz ma dobry skład w teorii bo np. płaszcz ma przewagę wełny, ale w praktyce ta wełna jest tak słabej jakości że nie wytrzyma sezonu. dlatego ja nie patrzę raczej na metki i skład, a staram się przyjrzeć ogólnej jakości tkaniny i wykonania, jaki materiał jest w dotyku, jaki jest splot tkaniny itp. to tez nie uchroni przed bublem bo czasem niby bawełna ładna, gęsta, a kulki się zrobią po pierwszym praniu. nie mam też awersji do wiskozy czy akrylu bo czasem okazują się bardziej trwałe i łatwiejsze w pielęgnacji niż wełna.
      widzę że wszystkie miłosniczki minimalizmu i trwałych ubrań mocno stawiają właśnie na wełnę, kaszmir i tym podobne tkaniny mające opinię dobrych jakościowo, ale ja osobiście wolę brutalnie wrzucić do pralki mój akrylowy (dobrej jakości) sweter, niż bawić się w namaczanie ugniatanie i rozkładanie luksusowego sweterka 😉

  57. Aniela

    A może fajnie byłoby przetestować swoje zdolności adaptacji mając 33 rzeczy w szafie? Polecam Projekt 333 http://www.theviviennefiles.com/2012/11/project-333-my-clothes-step-by-step.html .
    Zastosowałam się do zasad. Obecnie testuję jak długo wytrzymam mając jedynie 33 rzeczy i daję radę już 3 miesiąc, ba uczę się zestawiać rzeczy by codziennie wyglądać inaczej (doceniam dodatki) i NIC nie kupiłam od 3 miesięcy z czego jestem bardzo dumna. Okazuje się że wszystko czego potrzebuję już mam. Daję radę i na fitnesie i w pracy. Odświeżyłam starą garderobę i mam nadzieję że do wiosny się nie znudzę. Jak na razie zużyłam 1 bluzkę zastępując ją również z rzeczy które już mam. Zaznaczam co wolę nosić i uczę się. Pozdrawiam i zachęcam potraktujcie to jako wyzwanie 😉

    • Mała Mi

      Hmmm… może ja jestem dziwna, ale jak spojrzałam na ilość rzeczy w zestawieniu, to na pewno nie używam więcej 😀 No, może koszulki które pakuję pod każdy sweter zimą 🙂

    • Azarre

      Uwielbiam takie wyzwania tylko mam problem bo jeśli mam liczyć tylko góry i doły bez bielizny, butów i kurtek to wychodzi mi 17 sztuk. Pomyślałam, że przerobie to wyzwanie pod swój przypadek (limit miał być 10) ale jak policzyłam tylko te ubrania w których chodzę to wyszło mi 9. :/ Ten stan trwa juz z rok więc to raczej zadne wyzwanie. Ale jak wymyslicie jakieś ciekawe ograniczenie to chętnie podejmę wyzwanie. 😀

  58. Anka

    Ja mam nadmierny szacunek do rzeczy, a objawia się on chorobliwym oszczędzaniem fajnych ubrań i zostawianiem ich na lepsze okazje, których i tak jest mało. W rezultacie na co dzień nie noszę fajnych rzeczy, a te fajne wiszą w szafie i czekają na lepsze czasy (chyba do trumny mi się przydadzą). Wytoczyłam kilka miesięcy temu wojnę takiemu myśleniu, które chyba wynika z jakiegoś skąpstwa czy czegoś takiego. Teraz uczę się nosić wszystko co mam fajne, bez strachu że się zniszczą, bo od tego są. Owszem dbam o nie, ale także używam. Jaki mam pożytek z ubrań, które wiszą w szafie? A informacja za ile były kupione, to nie ma dla mnie znaczenia, raczej to jak w nich wyglądam:)

    • Dziadova

      Mam trochę podobnie, więc kibicuję i sobie i Tobie!

      • Mała Mi

        Mam zupełnie tak samo, i czasem mnie to denerwuje, ale ma też swoje uzasadnienie. Jeśli mam świetną rzecz, która wygląda fajnie i jest z kategorii „eleganckie” – to oszczędzam obecnie zupełnie świadomie – jak zniszczę, na pewno przestanie być eleganckie, a chcę mieć takie rzeczy „w pogotowiu” – bo po pierwsze: bardzo rzadko tak się ubieram, a po drugie – bardzo trudno jest mi znaleźć coś, co na mnie pasuje, podoba mi się i stać mnie 🙂 Mam zatem kilka rzeczy, które świadomie zachowuję na specjalne okazje – i zamierzam powiększyć ten zapas. Natomiast rzeczy „codzienne” staram się zakładać częściej, i tutaj walczę z moim nawykiem chomikowania – chociaż nadal zdarza się, że ciuch po zakupie musi nabrać „mocy urzędowej”, żebym nosiła go w spokoju ducha.

  59. Carrie

    Mam zupełnie odwrotnie, bo moją szafę buduję od lat bardzo konsekwentnie i nigdy nie dzieliłam na rzeczy kupione w sklepie A , B czy Z. Rzadko kupuję czy szyję rzeczy, te które mam są świetnej jakości i moja 10 letnia sukienka dalej wzbudza zachwyt. To są bardzo proste kroje /na szczęście moja krawcowa docenia niuanse i już wie, co lubię/, bardzo proste fasony i bardzo proste kolory-biały, czarny, czerwony, ciepły róż ciepla szarość złoty beż i niebieski dżins. Nie obchodzi mnie cena, mogę wydać w markowym butiku, mogę chodzić w genialnym płaszczyku za 3 zł. Zazwyczaj to są bardzo proste fasony, dlatego długo się zastanawiałam jak nazwać moj styl, są w nim elementy androgeniczne /garnitury stylizowane na męskie czy czarne skórzane półbuty właśnie garniturowe/ są elementy italian chic, a ostatnio wpadłam na blogi skandynawskie i odkryłam, że nareszcie jest ktoś, kto ubiera się jak ja-uff 🙂
    Przepis na mój styl jest prosty-kupuję rzeczy, w których się zakochuję 🙂

  60. ika

    Dziękuję za ten wpis, przyda mi się pomoc w uporządkowaniu tej kwestii. Bo z szanowaniem rzeczy bywało u mnie różnie. Generalnie od małego bardzo szanowałam rzeczy „wyjściowe”, za to te po domu mogłam dojeżdżać aż padły (mieszkałam na wsi, a tam wiadomo – błotko, łąki, drzewa i te sprawy). Do teraz mam w szafie podział na ubrania do ludzi i domowe, chociaż tych drugich już tak nie katuję 😉
    Miałam kilkuletni okres, że o ubrania dbałam wręcz przesadnie, zbierałam perełki i czułam się trochę jak kolekcjonerka pięknych rzeczy. Potrafiłam się zakochać w sukience i traktować ją niemal z namaszczeniem, zakupy były dla mnie najmilszą rzeczą na świecie. Jednak w pewnym momencie ubrania przestały mnie cieszyć. Już nie pamiętam, kiedy w sklepie coś mi się naprawdę spodobało. Kupuję coś, bo muszę, żeby nie chodzić nago i boso. I trochę mnie to smuci, bo o takie niekochane rzeczy mniej się dba i źle się w nich czuje.

  61. maryś

    Cześć, podoba mi się Twoje podejście – należy odwrócić się, przynajmniej w części, od bezmyślnego kupowania rzeczy, tylko dlatego że są tanie. Co prawda nigdy nie miałam problemu z niszczeniem ubrań, wręcz przeciwnie, chętnie poświęcę im więcej uwagi. Wręcz przeciwnie – bo mimo, że mało kupuję – nie niszczę. Szanuję, dbam, naprawiam, konserwuję – tylko po co? Mam w szafie wiele ubrań – koszulek, bluzek, spodni, swetrów, spódnic czy sukienek z okresu późnej podstawówki i początku gimnazjum. Są całe, mogę w nich chodzić, wyglądają przyzwoicie, ale nie chcę ich już ubierać na co dzień, do pracy czy na uczelnie. Dlaczego? Są już „niewyjściowe”, trochę wyblaknięte bądź zszarzałe, nie modne, infantylne, nie pasujące do mnie starszej o lat 15. Ale ile można mieć ciuchów do noszenia po domu, na „wydarcie”, bo jak dobre to szkoda wyrzucić, ale stare to głupio oddać?
    Może to nie wydaje się być jakimkolwiek problemem, ale chyba zbytni szacunek do ubrań mam w genach – szafa mojej Mamy wygląda tak samo. 10-15% względnie nowych ubrań, „wyjściowych” – reszta do znoszenia.
    Dodam, że nie jest to spowodowane kiepską sytuacją materialną, raczej przywiązywaniem dużej wagi do jakości.
    Co o tym sądzisz?

    • zagubiony omułek

      taka postawa raczej nigdy Ci nie zaszkodzi 🙂 to logiczne, że 20paro latka (mniemam że tyle masz) nie ubierze ciucha z gimnazjum, no chyba że się jest od urodzenia miłośniczką konserwatywnej klasyki 😉 w takim wieku przechodzi się zbyt wiele zmian, żeby ubrania mogły za nimi nadążyć. jeśli znajdziesz swój styl i uniwersalne kroje w których zawsze będziesz się czuć dobrze to nie będzie problemu ze jako 45 latka ubierzesz sukienkę którą kupiłaś w wieku lat 30. może co najwyżej takie magazynowanie wszystkiego jest trochę niezdrowe, musisz się nauczyć wyrzucać 😉 jak oddasz do kontenera pck to raczej nie będziesz musiała się martwić ze uraczysz kogoś czymś niedzisiejszym i nieładnym, a nie będzie to to samo co wyrzucenie na śmietnik, bo ubrania zawsze zostaną w jakiś tam sposób przetworzone. swetry i bluzy moga się tez przydać w schronisku na wyściółki do bud.
      podziwiam tez za utrzymanie figury, ja bym się za żadne skarby świata nie zmieściła w coś z gimnazjum, nawet z liceum by bylo cięzko 😉

  62. maga

    Rzeczy to tylko rzeczy. Obce jest mi traktowanie przedmiotów z jakąś przesadną dbałością, po prostu szkoda mi na to czasu, a i głowy do tego nie mam. Owszem, kupuję raczej rzeczy dobrej jakości, nie niszczę ich bezmyślnie, ale też się nad nimi nie modlę i nie pielęgnuję każdej z nich jak jakiegoś skarbu. Tego samego staram się uczyć dzieci – to tylko przedmioty, nie warto przywiązywać do nich jakiejś szczególnej wagi. Rzeczy mają służyć nam, a nie my im. Dlatego pozwalam córce bawić się porcelanowymi filiżankami, widzę ile jej to sprawia radości i jak pomysłowa potrafi być w tej zabawie. A że jest ryzyko, że filiżanki się potłuką – no to się potłuką, to tylko filiżanki, nic więcej.

  63. Azarre

    Nigdy się nie zastanawiałam nad szanowaniem rzeczy. Te które lubię używam, noszę, dbam. Tych których nie lubię szybko się pozbywam. Wartość pieniężna nie ma tu większego znaczenia. Większość ubrań mam z lumpa co umozliwia mi duzą rotację ubrań (szybko się nudze jednak), pojedyncze sztuki, np kozuch czy glany, swoje kosztowały i są na lata.
    Nie ma u mnie tez czegoś takiego, że „to jest po domu” więc traktuję jak śmieć. Jeśli coś już sie nie nadaje na „wyjściowe” (u mnie akurat ubrania sa uniwersalne) to jest okazja zrobić coś szalonego grożącego usmaraniem się lub idzie na szmatki. Moje ubrania długo są „wyjściowe”. Właściwie aż wyglądają bardzo „niewyjściowo”. 😛 Chyba że wcześniej się znudzę.

  64. Alicja

    Droga Mario, od niedawna śledzę Twojego bloga i chciałabym podesłać Ci moje zdjęcie, żebyś poradziła mi wybrać odpowiedni dla mnie typ. Jestem prawie pewna, że to któraś zima…Jak mogę to zrobić? Pozdrawiam, Alicja

  65. Olga Cecylia

    Podejście „łatwo przyszło, łatwo poszło” jest mi zupełnie obce. Wszystkie przedmioty, które posiadam, darzę jakimś uczuciem – czy jest to koszulka, którą kupiłam za 5 zł w lumpeksie tylko po to, żeby w niej spać, czy buty, na które oszczędzałam przez dwa miesiące. Jest mi jednakowo przykro, kiedy któraś z tych rzeczy się zniszczy. Ich cena nie ma dla mnie znaczenia, ważniejsza jest WARTOŚĆ, a tę wszystkie moje rzeczy mają wysoką. Głównie dlatego, że są MOJE 🙂

    PS. Niestety nie znalazłam komentarza, który polecałaś przeczytać 🙁

  66. gosza

    dbanie o rzeczy które kupiłam sobie sama lub dostałam nie mówią o rzeczach pożyczonych mam wpojone od dzieciństwa… bo dla mnie to też oszczędzanie pieniędzy im dłużej mam jakąś rzeczy to po prostu nie muszę jej kupować a nawet jeśli taka rzecz już jest na mnie za mała albo nie modna to po prostu oddaje do fundacji, która zbiera ubrania =)

  67. Ola

    To może ja opowiem w jaki sposób zostałam ukarana. Dwa lata temu zakupiłam czarne spodnie w MNG, kosztowały po przecenie max 30zł. Szybko okazało się, że to spodnie idealne. Pasowały do adidasów i super szpilek, każdego dnia ubierając je na swoje 4 litery;) dostawałam komplementy na temat mojej figury i jak dobrze wyglądam. Spodnie nosiłam cały czas, nie dbałam szczególnie, że mogą się zniszczyć. W głowie świtało mi jedynie- były tak tanie, kupisz kolejne. Kiedy zdałam sobie sprawę w jakim strasznym stanie są owe spodnie, zaczęłam szukać podobnych hahahaha SZUKAM DO TEJ PORY i jeśli znajdę zapłacę za nie nawet 300zł i będę dbać…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

x