Tytułem wstępu. W grudniu zeszłego roku ścięłam włosy na chłopaka, ponieważ nie mogłam już znieść farbowania na czarno. Włosy wypadały po każdym farbowaniu, ale równocześnie rosły tak szybko, że żeby nie było widać nieestetycznych odrostów musiałam farbować je częściej niż co miesiąc. Nie czułam się na tyle pewnie, by poddać się dekoloryzacji, a poza tym chciałam przestać farbować i ujrzeć swój naturalny kolor. Od tamtej pory minie niedługo rok, ja już biorę włosy za ucho, doświadczyłam świetnej kondycji włosów w trakcie ciąży i być może przyjdzie mi się teraz zmierzyć z ich wzmożonym wypadaniem. Na razie jest ok. Cel jaki sobie postawiłam w grudniu zeszłego roku to zapuszczenie włosów o swoim naturalnym kolorze (jaki by on nie był) do ramion i ścięcie ich na prosto. Teraz coś się jednak zmieniło, bo w moim polu widzenia pojawiły się one – włosomaniaczki.

Bloga anwen.pl znałam już od jakiegoś czasu, ale dopiero po urodzeniu Zosi zaczęłam go wnikliwie przeglądać. Trochę się wystraszyłam na perspektywę tego, że po ciąży włosy będą wypadać jak szalone, bo przyznaję, że większość koleżanek swoje pociążowe doświadczenia z włosami opisuje tak: horror, masakra, łysina. Pomyślałam więc, że może jestem w stanie zrobić przynajmniej coś ze swojej strony, żeby włosy wzmocnić i chociaż w minimalnym stopniu zapobiec tragedii. I przepadłam. Dla mnie blog anwen.pl to najlepszy polski blog w całej blogosferze. A te peany wygłaszam, gdyż osoba, która go pisze robi to rzetelnie, stała się ekspertem w dziedzinie o której pisze, ale przede wszystkim treści zamieszcza na swojej stronie bardzo często.

Jeszcze siebie włosomaniaczką nie nazwę, bo ja mam pióra, a nie włosy, ale pracuję nad tym. Oj pracuję. Testuję, olejuję, odżywiam, zapisuję, wcieram, płuczę, czytam składy, porównuję, eksperymentuję itd. I muszę przyznać, że włoskom to się podoba. Że to tylko brzmi jak nadmiar, ale w rzeczywistości to było jak zaspokojenie potrzeby. Taka pielęgnacja była moim włosom potrzebna jak frytkom sól i jak schabowemu kapusta kiszona. Czyli jak widać nie niezbędna, ale bardzo przydatna 🙂Anwen Jak dbać o włosyZeszyt w kiwi to mój włosowy dzienniczek w którym zapisuję sobie codziennie wszystkie czynności pielęgnacyjne, których doświadczają moje włosy. I już po dwóch tygodniach takiego zapisywania jestem w stanie powiedzieć, że niektóre produkty kompletnie mi nie służą, a niektóre są świetne. Herbatę z pokrzywy pijam namiętnie, a ten piękny obrus w tle zrobiła moja babcia.

Dobra, zapytacie mnie: kiedy będzie ta recenzja, którą sugeruje tytuł? Jeszcze chwilka, jeszcze troszkę cierpliwości, bo Maria musi się wyżalić i poopowiadać o swoich celach. Tak więc są jeszcze piórka, nie za grube, ale też nie za przesadnie cienkie włoski, o różnej długości, które już można brać za ucho, które trzeba myć codziennie i które są zbyt często przyklapnięte. A fajnie by było mieć energiczne, odbite od skalpu włosie, myć je chociaż co drugi dzień i zapleść sobie warkocza (długość do łopatek to by było coś!). Będą te cele wymagały krwi, potu, wyrzeczeń i nieprzespanych nocy (wyolbrzymiam, by stać się dla samej siebie bohaterką), ale już widzę, że są one po prostu realne. A to wszystko oczywiście dzięki blogowi Ani.

Czy ja muszę pisać, co zrobiłam jak tylko wyczytałam, że autorka anwen.pl wydała książkę o pielęgnacji włosów? Oczywiście poleciałam do księgarni. Kupiłam i po prostu przeczytałam, a teraz ciągle do książki wracam i buszuję po archiwach bloga.

Muszę wspomnieć, że książka jest bardzo ładnie wydana. W relacjach międzyludzkich ważnych jest pierwszych kilka sekund, jak się okazało dla mnie również w relacji człowiek-książka liczy się pierwsze wrażenie. I bardzo fajnie zapłacić za coś i poczuć się z tym od razu dobrze. Oczywiście książka jest taka ładna, że szkoda mi po niej pisać (wiem, że jestem psuja, ale lubię sobie zaznaczać ciekawe rzeczy po książkach), no ale co zrobić…

Poradnik można czytać zaczynając od dowolnego miejsca, ale dobrze by było pochłonąć go od pierwszej do ostatniej strony, bo Ania prowadzi nas przez zakamarki pielęgnacji włosów w logiczny sposób. Czytając książkę od razu widać, że autorka ma ścisły umysł, bo lania wody tam nie doświadczysz. Zaczynamy od tego, że definiujemy swoje włosy, uzmysławiamy sobie jakie mamy problemy, a kończymy na tym, że odżywiamy je za pomocą mikstur zrobionych samodzielnie z tego, co mamy w kuchni. No powiedzcie, czy taka perspektywa nie wydaje się kusząca?

Jeżeli ktoś jest włosomaniakiem już jakiś czas to pewnie zawarte w książce porady będą dla niego oczywiste. Książka jest skierowana dla laików, dla takich jak ja żałosnych konsumentów sięgających w drogerii po szampony z reklamy albo odżywkę, która ma na opakowaniu informację od producenta, że jest dla mojego rodzaju włosów. A jeżeli coś jest w stanie uczynić ze mnie świadomego konsumenta to nie ma takiej siły, żebym nie umieściła pochlebnej recenzji tego na blogu. Książka jest świetnym pomysłem na prezent. Ja bym po prostu skakała z radości, gdybym dostała coś tak mądrego pod choinkę.

Zachęcam do zapoznania się z kilkoma ostatnimi postami na anwen.pl, żeby zobaczyć w jaki sposób Ania pisze.

Troszkę szkoda, że Zuzia Ani urodziła się troszkę później niż Zosia, bo Ania pewnie na to wypadanie włosów po ciąży znajdzie jaki sposób 🙂 Odnośnie tematu, jak tam Wasze włosy?